<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Wazow
Tytuł Nowe przesiedlenie
Podtytuł Szkic z życia sofijskiego
Pochodzenie Wybór nowel
Wydawca Drukarnia
A. T. Jezierskiego
Data wyd. 1904
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Anc
Źródło skany na Commons
Indeks stron
Nowe przesiedlenie

(SZKIC Z ŻYCIA SOFIJSKIEGO).

Przed dwoma laty przechadzając się po ulicach „Jucz-Bunar”[1] i spoglądając bez celu po biednych sklepikach i nędznych domkach, otoczonych spleśniałem błotem, spostrzegłem nad drzwiami jednego szynku napis „Karczma Nowe przesiedlenie”
Napis ten uderzył mnie nietyle swoją dziwacznością (w stolicy istnieją jeszcze więcej cudaczne i fantastyczne napisy), jak raczej smutkiem i melancholią, które wiały od niego. — Miałże on rzeczywiście jaki związek z życiem karczmarza, czy też był tylko krzykliwą reklamą prostaka? Nie wiem. Ale ten napis mnie uderzył — zdawało mi się, że musiał ukrywać jakąś bolesną historyę.
Wiktor Hugo znalazł na kamieniu w murze świątyni Nôtre Dame de Paris wyraz grecki „ananke” i na tym wyrazie fantazya jego stworzyła cały świat średnich wieków. — Nie wiem dlaczego, ale mnie się wydało, że owo „Nowe przesiedlenie” jest to jakiś rodzaj małego „ananke” w drobniutkim światku, w ubogiem istnieniu jednego z naszych biednych braci Macedońców, lub innego współrodaka. Aby rozwiązać tę zagadkę, nie trzeba było zapuszczać się głęboko w zamierzchłe stulecia, wystarczało wejść do szynku i napić się wina.
Tak też uczyniłem.
We drzwiach spotkał mnie tęgi, sześćdziesięcioletni człowiek w szajakowem[2] starem ubraniu, siwy już, z twarzą pomarszczoną, lecz dobrą, uśmiechniętą i przyjacielską — typ dobrodusznej, prowincyonalnej twarzy, jaką mieli nasi ojcowie i dziadowie w czasach tureckich. — Był to sam szynkarz.
Po izbie krzątała się żwawo kobieta, mająca około lat pięćdziesięciu, o twarzy pełnej i łagodnej, odziana w ciemną, szajakową, bardzo zniszczoną suknię. — Była to żona szynkarza.
Oboje przywitali mnie uprzejmie. — Mężczyzna otworzył drzwiczki, zapraszając do pustego, wybielonego wapnem pokoiku z małym stolikiem po środku. Było to widocznie miejsce, przeznaczone dla zamożniejszych gości. — Jego żona przyniosła zamówioną szklankę wina i wróciła do izby szynkownej.
Wypowiedziałem odrazu szynkarzowi przyczynę, która mnie tam sprowadziła.
A on, pogładziwszy z uśmiechem zadowolenia siwe wąsy, odrzekł:
— Jesteście zaciekawieni, panie, jak widzę; i inni mnie już o to pytali... A co pan o tem sądzi? Czy to tak sobie bez celu umieszczono tam? Myśmy oboje z żoną „Trakijcy”.[3] A wy, panie, zkąd jesteście?...
A, tak? i wyście z Tracyi? Pięknie. — My tylko, Trakijcy, wiemy, jak to było w czasie tej wojny i kto kupił oswobodzenie Bulgaryi...
Pojmujecie, panie, co ja chcę przez to powiedzieć. — Tutejsi ludzie, „Szopy”[4] dostali wszystko gotowe, palcem nawet nie ruszyli, a jeszcze rozdrapali Turkom ich domy i rzeczy. Ani jeden komin im się nie spalił!... I u nich stolicę ustanowiono! — Dzikusy, gdy się patrzysz na nich; ale przysłowie mówi: „Wraz z życiem, mamo, daj mi szczęście w świecie, albo wyrzuć mnie na śmiecie?”...
Patrz na mnie i na moją żonę! Zestarzeliśmy się, jak psy — nie tyle z powodu lat, co z włóczęgi: czternaście lat niby jak cyganie się tułamy, przywykamy do nowych ludzi, uczymy się ich zwyczajów, a ciągle od A. B. C. zaczynamy... Raz opuściwszy gniazdo rodzinne, do dziś dnia przenosimy się tam, dokąd nas wiatr zapędzi... Jowko! przynieś i mnie szklankę wina!
Szynkarz napił się trochę, obtarł wąsy czerwoną chustką i mówił dalej:
— Więc, wasza miłość, pytacie mnie o napis, jaki umieściłem nad drzwiami. Więc wam opowiem, bo moja historya, panie, warta jest opowieści. Niechże będzie opisana i czytana. Babilońskie to są przesiedlenia!... Myśmy z żoną oboje z Klisury. — Dziś widzisz nas, jako karczmarzy, żebraków, dla pięciu par[5] musimy stać godziny przed tymi Szopami, ale w Klisurze byliśmy czem innem. — Najpierw sklep pełen towarów, gospodarstwo, młyn, handel z Anatolią i t. d.... W 1876 r. robimy powstanie. Czyś nie słyszał o „armatce” klisurskiej? Z czereśniowego drzewa zrobiliśmy działa. A jakże, powiadam panu. Ale przyszedł Tosun-bej, zrabował i spalił Klisurę. — Mój dom, towary i całe mienie zmieniły się w popiół. Uciekliśmy jeno w koszulach, za przeproszeniem. Czyście słyszeli o klisurskim pogromie?
Zatrzymaliśmy się w Sopot... Za wasze zdrowie!... Nie zabawiliśmy ani roku w Sopot. — Otworzyłem sklepik i wziąłem się do dawnego zajęcia krawieckiego. Niech Bóg nagrodzi starego majstra. My, Klisurzanie, wszyscyśmy krawcy, krawcami się rodzimy... W Sopot pracujemy, tysiące ściegów robimy za jednę parę. Aby tylko wyżyć... Alboż nie powiadają: „Pracuj za byle co, ale nie próżnuj za darmo”. Jak mało doznaliśmy tam słodyczy? Rok nie minął, jak „Russy” przeszli Bałkany. Jakby bies klisurski opętał Sopotniaków! „Powstańmy przeciwko Turkom, pójdźmy na spotkanie kozaków z popami i chorągwiami!...” Sparzywszy się na gorącem, na zimne dmucham. — Stójcie, powiadam, pilnujcie waszych łachmanów, carstwo bulgarskie będzie i bez waszego krzyku, słuchajcie pogorzelca!... Ale ktoby tam chciał mnie słuchać? — „Hura! hura! hura!”
Jednego poranku zawołano: uciekajmy! Uciekliśmy!
Wojska Sulejmanowe napadają, pola poczerniały od baszybuzuków... Uciekliśmy, panie, z żoną w pończochach tylko. Kiedyśmy się z Bałkanów obejrzeli, zobaczyliśmy cały Sopot w płomieniach! Palił się jak świeca. Była to druga Klisura..
Czoło szynkarza schmurzyło się ciężkiemi wspomnieniami, głos przybrał ton gorzki, prawie rozdrażniony.
Drzwi się otworzyły, a w nich stanął jeden z mieszkańców Jucz-Bunaru.
— Dzień dobry, Niagule, jak się masz? — zapytał gość, okazując chęć wejścia.
Niagul — było to imię szynkarza — zasępił się.
— Złego niema, a dobre niech Bóg da! Jowko! słyszysz, czegoś chce od ciebie ten przyjaciel!
Mieszkaniec Jucz-Bunaru zrozumiał z tak chłodnego przyjęcia, że jest zbyteczny, więc się cofnął.
— I Sopotowi wieczny odpoczynek — rozpoczął Niagul. — A teraz dokąd? Wszyscy uciekają przed Sulejmanem: jedni chronią się do Sewljewa, drudzy do Drenowa, a inni do Tyrnowy. My z żoną do Eleny. Tłumy uciekających, natłok wojska. Brak chleba. Pogorzelcy umierają setkami na tyfus. Lecz chwała Bogu, tam przynajmniej byliśmy zabezpieczeni od Turków. Rozpoczęliśmy nowy zawód, smarząc reczuszki (kremple, dołki) na ulicy. Ludzie — wiele jedzą. W krótkim czasie zebraliśmy trochę grosza. Minęło dwa, czy trzy miesiące — nie pamiętam — pewnej nocy powstała wrzawa, gwałt! — Co to jest? — Tureckie wojska napadły! Światopełk Mirski odmaszerował! i z deszczu pod rynnę... Wstawaj, żono! Znowu uciekaj — znowuś goły!
Turcy opuścili wkrótce Elenę, ale myśmy już tam nie wrócili. Odżył strach w sercu naszem. Nie będę ci opowiadał, gdzieśmy się tułali i kryli przez rok cały. To zbyt smutne. Wszyscy się radowali, Bulgarya odzyskała wolność, tylko my, znękani, staliśmy się nędzarzami w naszem sieroctwie i opuszczeniu. Nareszcie namyśliliśmy się z żoną powrócić do naszej Tracyi, tam przecie nie byliśmy obcy. Ale dokąd? do Klisury? — Nie chcę jej widzieć...
Żona moja jednakże życzy sobie tego... Dalej więc udajemy się do Klisury. Widok był straszny, bracie mój, domy spalone, podwórza zarosłe, przekleństwo Boże!... Wszystko, jak cmentarz...
...Rzekłem więc: Jowko! tu nie dla nas miejsce! — Sprzedałem ruiny, za co się dało, i wynieśliśmy się do Plowdiwu (Filipopol.) W Plowdiwie — istniała wtedy Rumelia — dzięki przyjaciołom, dostałem drobne zajęcie...
Powoli łatać zaczęliśmy dziury. Oj, Boże mój! poczynaliśmy już sobie mówić, tu będziemy żyli i tu pomrzemy. — Niema już czego lękać się Turków, bo to Bulgarszczyzna. — I cerkiew była, było gdzie się pomodlić.
— W głowie ci się przewróciło, nie trzeba się było do niczego mieszać — wtrąciła żona Niagula, stawiając szklanki na stole.
— A kto ci się tam mieszał, kobieto? Wtedy tak mi trzeba było polityki, jak i teraz. Wiem ja dobrze, jaki wróg to sprawił — niech go Bóg wynagrodzi.
Zaczem, zwracając się ku mnie z rozjaśnionem obliczem, dodał:
— Jowka chce mówić o połączeniu Rumelii z Bulgaryą. Któż tego nie chciał? I ja się cieszyłem wraz z innymi, kiedyśmy wyszli na spotkanie księcia Aleksandra... Za wasze zdrowie! przyjacielu... To wino jest stare, chowam je dla zacnych ludzi, jak wasza miłość... Mówi się: „Bierz młodą żonę, ale wino kupuj stare”... Niech wam smakuje... Pewnego dnia przychodzą dwaj żandarmi. „Chodź z nami! Idę na policyę... Cóż się dzieje?” „Ty, powiadają, ukrywałeś w swojem podwórzu takiego, co go władza szukała, policya znalazła go pod jakąś kupą! Ty jesteś przeciwko „połączeniu”, jesteś niebezpieczny, jesteś zdrajcą! i tak dalej dogadywano mi... Więc dalej na cygański wózek, więc dalej z żandarmami do Sofii. W Sofii zmienił się żandarm, a ten mnie doprowadził do granicy w Carybrodzie i rzekł:
— Wzbroniony ci odtąd powrót do Bulgaryi!
— Wypędzony! — Świat się za mną zamknął. — Idę pieszo do Pirotu. — Tam niechcący spotykam się z jednym z naszych. Był to Niagul Truchczew, osiedlony tam dawno, mający się dobrze, niech Bóg da spokój jego duszy, daleki mój krewny.
— Niagule, rzekł do mnie, zapomnij o naszej Bulgaryi, tam i za sto lat się nie uspokoi. To wulkan. — Mam dla ciebie zajęcie w moim sklepie, potrzeba mi człowieka wiernego, swój mi się przyda, tu nie mam nikogo... Chodź zemną, nie będziesz żebrakiem!... Myślałem, myślałem — jednak ten człowiek dobrze mówi. — Tam w Rumelii wielkie zamieszanie, zanosi się na wojnę z Turcyą, znowu może jaki pogrom i przewrót nastąpi i Bóg wie co... Niagul mnie przekonał — wiem ja, co honor... Wszelkie złe za dobre — pomyślałem sobie. — Zatelegrafowałem do żony, aby sprzedała wszystko, jak może, i przybyła za mną do Pirotu.
— A ja głupia, usłuchałam cię! Gdybym była wiedziała... Ileż to pieniędzy wydałam na przenosiny — wtrąciła z uśmiechem żona Niagula, która wsparta o drzwi, słuchała z przyjemnością słów męża..
— Daj pokój teraz, Jowko: „Warzone czy pieczone, nam było przeznaczone”. A... więc... żona przybyła. Rzekłem: tu się osiedlimy. — Bulgarya miła, bardzo miła! — ale mi nie daje kącika, gdzie mógłbym spocząć na stare lata. — Ale serce, bracie mój, cierpiało... Nie mogłem jednak postąpić inaczej. „Bawół patrzy w proso, a my przed siebie”. — Ta głupia wojna nie wiadomo zkąd się wzięła. — Koło Hermanii oczekiwana, koło nas zapłonęła. Gdziekolwiek pójdę, nie mam spoczynku... Milan uciekł z pod Śliwnicy. Dotąd był on na ziemi bulgarskiej, teraz Bulgarzy są na ziemi serbskiej. — Zdobywamy Pirot. I któż to nie prowadził mieszczan z chlebem i solą na powitanie wojsk bulgarskich? Niagul. — Nie nabrał jeszcze rozumu... Zawarto pokój, Serbowie zostali panami w Pirocie, więc łapcie teraz tych, którzy wołali „hura!” i szli na spotkanie księcia bulgarskiego... Zdrajcy! I mnie w Plowdiwie nazwali zdrajcą!... Biedny mój krewniak!... sąd wojenny zasądził go na powieszenie w dwudziestu czterech godzinach! Niech spoczywa w pokoju... My z żoną plunęliśmy na wszystko i przez góry i doły nocami dalej do Sofii... Jowko! to przesiedlenie kiedy to było?... Przebaczcie, panie, muszę załatwić się tam z tymi ludźmi, Jowka jest sama.
Wzruszony głęboko, słuchałem w zamyśleniu opowieści Niaguła[6]. — To ciągłe przesiedlanie się bez końca, z miejsca na miejsce, miało charakter jakiegoś fatalizmu. — Niby na legendowego Żyda Wiecznego tułacza, los wołał na Niagula: „Idź; idź, idź” i on szedł. Każdy etap, jaki zrobiła w tym czasie historya bulgarska, zaznaczył się dla tych ludzi nowem przesiedleniem. Zarówno klęski, jak dni szczęścia narodu, Niagul opłacał ruiną i ucieczką. — Myślałem sobie, że los tej rodziny jest losem tysięcy innych rodzin trakijskich, które do dziś dnia nie mogą sobie znaleźć bezpiecznego schronienia, są smutnemi rozbitkami historycznych burz naszych. Przypatrywałem mu się teraz, gdy uprzejmie i grzecznie przyjmował swoich klijentów. Niktby nie poznał z dobrodusznej jego twarzy, ile przecierpiał. Tłumił gorzkie myśli i wspomnienia, bo potrzebował wiele energii i pracy, aby podtrzymać ciężkie tułacze istnienie. Pomimo tylu trosk i nieszczęść, zachował dobroduszny humor, właściwy ludowi bulgarskiemu, a jego rozmowa, przeplatana przysłowiami, sprawiała niewypowiedzianą przyjemność tym, którzy go słuchali.
— I żona jego rozumiała dobrze obecne swoje położenie. I ona nie mniej od Niagula okazała się stałą filozofką w przeciwnościach życia. Słyszałem jej żywą, prawie młodzieńczą rozmowę z klijentami, przeplataną wesołym uśmiechem. Ci ludzie wzbudzali współczucie. Odwaga uszlachetnia cierpienie i wzbudza nietylko współczucie, ale i szacunek.
Zacni Klisurzanie, załatwiwszy się z gośćmi, wrócili znowu do mnie. Miałem już odejść.
— Nie, czekajcie, proszę, chcemy was poczęstować... Wszak i wy z Trakii... Bardzo mi było przyjemnie... Jowko, przynieś starego wina, i dla siebie weź szklankę!
Trąciliśmy się po przyjacielsku i piliśmy.
— A teraz, czy dobrze się wam przynajmniej wiedzie?
— Mogę powiedzieć, że dobrze. Aleśmy jeszcze bardzo biedni. Bo: „kamień, co się toczy, mchem nie porasta”.
— Jak dawno macie tu szynk?
— Od roku i ta chałupka do mnie należy. Mieszkałem dawniej w mieście i po trzech latach pracy kupiłem sobie starą turecką budę, koło Szarenego Mostu, lecz przeprowadzono tamtędy ulicę, no — i znowu jeszcze jedno przesiedlenie.
Niagul i jego żona uśmiechnęli się.
— Ale, Bogu dzięki, ostatnie — zauważyłem, biorąc kapelusz.
— I ja tak mówię — przytwierdził Niagul. — Ani kroku ztąd się nie ruszę, choćby świat się przewrócił. Bądź łaskaw... i nalał wina w szklanki...
— Oh, drogi, nie unoś się, nie zaprzysięgaj, wtrąciła z uśmiechem kobieta, a zwracając się ku mnie, dodała żartobliwie:
— Ostatnie nasze przesiedlenie, panie, będzie na Orlandowce[7], tam dopiero spoczniemy naprawdę.
— I to jeszcze nie wiadomo — żartował Niagul — nowi zdobywcy mogą i stamtąd nas wyrzucić[8].










  1. „Jucz-Bunar”, biedniejsza część miasta Sofii, wzniesiona przed dwunastu laty na miejscach błotnistych, gdzie się znajdują trzy źródła, co znaczy po turecku „Jucz-Bunar”, słynące z cudów. (Przyp. tłum.)
  2. Szajak — sukno bułgarskie. (P. tł.)
  3. Tak się zwą sami Bulgarzy z Tracyi, czyli Rumelii wschodniej. (P. tł.)
  4. Szopami nazywają Bulgarzy pogardliwie mieszkańców okręgów przyległych do Serbii i zwykle wyrażają się o nich: „głupi, jak Szop”. — Okręgi, zamieszkałe przez Szopów, noszą nazwę Szopskich, albo Szoplandyi. Kobiety zaś nazywają się Szopkiniami, lub Szopkami. — Sofia leży w kraju Szopów. (P. tł.)
  5. Dwa i pół centima. (P. tł.)
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Niagula.
  7. Nowy sofijski cmentarz znajduje się na gruntach, należących do wsi Orlandowce. Mieszkańcy Sofii w żartobliwej rozmowie cmentarz ten mianem wsi nazywają. (Przyp. autora).
  8. Obecna Sofia rozrosła się na cmentarzyskach rzymskich i tureckich; przy jej budowie zrujnowano mnóstwo grobów, kości zaś nieboszczyków użyto do nasypów dróg i ulic. (Przyp. tłóm.).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Wazow i tłumacza: Józefa Anc.