>>> Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł O rolę
Wydawca Księgarnia Gebethnera i Wolffa
Data wyd. 1887
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


O ROLĘ.
OBRAZEK
PRZEZ
Waleryę Marrenè
(Morzkowską).
WARSZAWA.
Druk BRACI JEŻYŃSKICH (dawniej J. UNGRA),
Nowolipki Nr. 9.

1887.


Дозволено Цензурою.
Варшава, дня 30 Апрѣля 1887 г.





Dzień listopadowy miał się ku schyłkowi, szare chmury pokrywały niebo i pruszyły gęstym deszczem, uderzając całą siłą o drobne szyby chaty Jakóba Sochali.
W chacie jednak było wesoło, bo raźny ogień palił się na kominie, a świerkowe drzewo trzaskało raz po razie. W izbie widniał dostatek, bo choć chata do chaty podobna z pozoru, a bogata nie zawiera wiele lepszych sprzętów od ubogiéj, tylko te same proste ławy, stół, police — przecież dostatek nie ukryje się, tak samo jak nie ukryje się nędza. Dostatek widniał z pościeli, nasłanéj wysoko na łóżku, ze złocistych obrazów, zdobiących ściany, z mis malowanych w śliczne kwiaty, z wielkiego garnka z mlekiem, przystawionego do ognia, które gotowało się na kluski, a wreszcie z okrągłéj twarzy gospodyni, co w dostatniéj spódnicy i fartuchu krzątała się po izbie.
Pod oknem na ławie siedziała przy kądzieli młoda dziewczyna, a wartkie furczenie wrzeciona mieszało się z trzaskiem ognia.
Dziewczyna raz wraz, nie przerywając roboty, zwracała się nieznacznie ku oknu, jakby przez małe, przepalone i zczerniałe szyby wypatrywała kogoś lub czegoś.
Miała może lat ośmnaście, może mniéj, może więcéj, nie była jednak podobną do matki, któréj spódnicy czepiała się mała dziewczyna, ciemnowłosa Olka.
— Czekaj, czekaj! — mówiła kobieta, odsuwając od siebie dziecko — tylko pójdę sadą wydoić, trza też zajrzéć do świni.
I mówiąc to, gniotła w przycierku drobno rozgotowane kartofle, których woń rozchodziła się po izbie.
— A ty Małgoś — dodała, zwracając się do przędzącéj dziewczyny — pilnuj mleka, bo wykipi.
Wyszła. Małgosia powoli, jakby niechętnie, porzuciła kądziel, coś widocznie ciągnęło ją do okna. Postąpiła parę kroków do komina, i znów zwróciła się do spotniałych szyb, a patrzała przez nie tak długo, dopóki nie przesunął się po za niemi cień jakiś. Wówczas nie zważając na odebrany rozkaz, zarzuciła fartuch na głowę, wymknęła się chyłkiem z chaty i pobiegła w stronę przeciwną obórce, w któréj matka sadą doiła, a czyniąc to oglądała się trwożnie, czy ojciec z pługiem nie powraca z pola.
Wieś, w któréj stała chata Sochali, nie różniła się wiele od wsi innych; rozległa i dostatnia, wśród płaszczyzny skupiała się około sadzawki, zasilanéj przez powoli sączącą się strugę, a więcéj jeszcze przez deszcze i śniegi. To téż na jesieni lub na wiosnę sadzawka miała wygląd wspaniały, sięgała prawie progu chat; w lecie zaś opadała tak dalece, iż dzieliła się na kilka maleńkich kałuży, pomiędzy któremi w czarnym szlamie, bujnie zielskiem zarosłym, nierogacizna szukała sobie ochłody a stada kaczek i gęsi zaledwie mogły pomieścić się na płytkich wodach pokrytych gęsto zieloną rzęsą, któréj listki, jak płachta jaka, leżały na powierzchni.
Około sadzawki ciągnęła się droga, od wody oddzielona gdzieniegdzie stojącą wierzbą. Daléj zaś wieś okalały wiankiem sinym lasy, z jednéj strony prowadziła do nich droga szersza od innych, wysadzana topolami; tamtędy szło się do wsi kościelnéj, gdzie też była i gmina. Wieś zaś ta, zwana Błotną Wolą, nie miała ani drzew, ani cienia. Przy niektórych chatach zamożniejszych było wprawdzie parę śliw lub grusz; gdzieniegdzie rzędem widać było ule, ale najwięcéj stało ogołoconych zupełnie wpośród przybudówek, chlewków, obórek, stajenek, które zwykle czepiają się chaty, jak dzieci macierzy.
Chata Sochali należała do okazalszych: kilka śliw starych rosło poza nią, okienka jéj były w koło czysto obielone, a nawet ściany znaczone kółeczkami, jak zwykle tam, gdzie jest panna w wieku zamęźcia. Dawniéj Sochala piastował nawet godność sołtysa, ale od czasu jak się prawował z synem swego ojczyma Marcinem Kozikiem o kawał roli, a zwłaszcza kiedy mu tę rolę przysądzono, kiedy z tego powodu zrobiła się między nim a Kozikiem straszna nienawiść, Kozik zaprzysiągł, że za swoją krzywdę Sochalę z sołtysostwa zrzuci, i póty mędrkował, buntował, aż stało się jak chciał.
Chaty dwóch nieprzyjaciół były niedaleko od siebie, tylko stały po dwóch stronach wody: mogli przez nią widziéć dokładnie, co który robi, ale przeszkadzała im ona nieraz do kłótni i bijatyk, rozgraniczała obejście i dobytek. Tylko kiedy od Kozików kto chciał iść do wsi kościelnéj gościńcem, wysadzanym topolami, musiał przechodzić koło chaty Sochali, która stała ostatnia w rzędzie, przypierając bokiem do gościńca i wyglądała na drogę okienkiem.
Może dlatego Małgosia pod okienkiem siadała z kądzielą nawet w zimie zdala od ogniska, dlatego wycierała starannie maleńkie przepalone szyby, musiała widziéć przez nie coś, co ją szczególniéj zajmowało — i dlatego także zapewne wybiegła tak nagle z chaty, nie bacząc na rozkaz doglądania wieczerzy.
Biegła szybko, nie zważając na padający deszcz, do krzaków tarniny, co rosły na pastwisku za ogrodem i zasłonić mogły od drogi tych, co widzianymi być nie chcieli. Tam wsparty plecami o płot sadu czekał na nią parobczak, którego oczy niespokojnie zwracały się ku ścieżce, wiodącéj od chaty.
Spotkali się, ale spotkanie ich nie było radosne, jak dwojga młodych, co się zejdą pomimo strzeżenia starszych; oblicza ich obojga były smutne. On stał ponury i milczący, ona pytający wzrok wlepiła w niego.
— Ano cóż? — szepnęła wreszcie drżącym głosem.
— Co ma być! — odparł szorstko — jutro raniuśko nakazali do gminy, ztamtąd do losów.
— Ojcowie nie zwolnili, nie zrobili wyboru? — zawołała, załamując ręce.
Wzruszył ramionami.
— Chodzili ta chodzili, podawali prośby, wszystko za nic.
— Przecieżeś Jaśku jeden w chacie ojcowskiéj?
— Ale! a Ignac, przecieć on dwa roki starszy ponoś odemnie.
— A Ignac! Ignaca we wsi niema oddawna poszedł gdzieś na wolę.
— Ta i cóż. Wygnała go bieda.
Westchnął, a ona westchnęła także.
— A jak ty pójdziesz Jaśku, kto uprawi rolę, kto matuli da jaką radę?
— Ha! — odparł — wola Boska.
O ojcu nie mówili, bo téż go do pracy nie było. Wszyscy wiedzieli, że od czasu przegrania nieszczęsnéj sprawy o grunt, Marcin Kozik więcéj siedział w karczmie niż w domu.
Potem dodał:
— Roli téj nie wiele ostało i długu na niéj dość. Nie upracują się nad nią matula, nie, — ludzie zabiorą jak swoją.
— A co oni poczną?
Nie odpowiedział nic, oczy tylko świeciły mu z pod staréj, nasuniętéj na nie czapki.
— A co ja pocznę? — dodała dziewczyna, wybuchając łzami.
Wstrząsnął się cały. Chciał być spokojnym, a ona targała go za serce. Przez chwilę widział tylko dwa strumienie łez, płynące z siwych oczu po smagłéj twarzyczce, mokréj od deszczu.
— I cóż ci ze mnie? — szepnął — ni ja swatów do ciebie przysłać mogę, ni popracować na jednym zagonie, ni pośmiać się i potańczyć. W jednéj wsi my, niby krewniacy nawet — a tak rozdzieleni. Nawet, by słówko powiedziéć, kryć się trzeba, jak złodzieje. Lepiéj już, że mnie wezmą, bo i tak przychodzi mi ochota pójść, gdzie mnie oczy poniosą, choćby na kraj świata.
— Jaśku! — zawołała żałośnie.
I jakby siłą zatrzymać go chciała, zarzuciła mu ręce na szyję i łkając, twarz ukryła mu na piersi.
On przycisnął ją do siebie, ale słów pocieszenia nie znajdował: wiedzieli oboje, że tego, co leżało między nimi, nikt usunąć nie mógł.
Myślał może, iż kiedy on będzie daleko, inny parobczak przyszle do niéj swatów, że co z oczów to i z serca.
Tymczasem szarzało coraz więcéj, okienka połyskały odblaskiem ognisk a dym z kominów snuł się białymi kłębami ponad wioską. Niebawem dało się słyszéć skrzypienie pługa, ciężki chód wołów i postępującego za nimi rolnika.
— O Jezu! — szepnęła dziewczyna, wyrywając się z objęcia Jaśka.
— Ostań z Bogiem, Małgoś! — wyrzekł parobczak. Może moje oczy widzą cię po raz ostatni.
— Nie, nie, jutro tędy wam droga, a potém może wrócisz.
Wstrząsnął głową, nie miał téj nadziei.
— Powiadają, że latoś będzie wojna, to i dobrych losów jakby nie było. Małgoś, ja wiem, że nie wrócę.
— Małgoś! Małgoś! — odezwało się od chaty wołanie.
— Idź już, idź — szepnął — bo cię skrzyczą, ja tu postoję jeszcze.
Chciał może podkraść się pod okienko i choć popatrzéć na nią zdaleka.
Odeszła powoli, jakby nie mogła się od niego oderwać. Mrok wieczorny zasłaniał jéj twarz, widać było tylko wysoką postać, odzianą fartuchem. Przy węgle chaty zatrzymała się, zwróciła do niego, nie zważając na powtarzające się gniewne wołanie.
— Czekać cię będę — zawołała przez łzy — jutro raniusieńko, a potem, potem, dopóki nie powrócisz...
Teraz już pędem pobiegła do chaty, — a tam mleko wykipiało i cała izba pełną była dymu i waru spalenizny, a Olka nad tém nieszczęściem płakała głośno, w dodatku wyszturchana od matki.
— Skaranie boskie z tą dziewuchą — zawołała Sochalina, widząc ją wbiegającą — chodzi kieby kołowata! A czy ci nie przykazałam, pilnuj mleka? Czy to nie wiesz, że go z oka spuścić nie można?
— Mleka? — powtórzyła Małgoś nawpół nieprzytomnie, bo gdzie jéj to teraz było w głowie.
— Dyć wykipiało, wykipiało ze szczętem, kapka ledwo została. Cóż tak patrzysz, jak głupia?
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, stanęła u komina i wpatrzyła się w płomienie.
— Gadać do niéj, to kieby do drewna! — wołała coraz bardziéj rozgniewana matka.
Podeszła ku córce, chcąc może ją uderzyć — ale, skoro zajrzała jéj w oczy i zobaczyła łzy z nich płynące, zmiękła, jak zwykle matki.
— Oj Małgoś, Małgoś! — wyrzekła, załamując ręce — już widzę, gdzieś ty chodziła.
A po chwili dodała:
— A na co ci to! Niechby Boże broń ojciec zobaczył, miałabyś ty za swoje i ja przy tobie. Gotówby ubić na miejscu.
— Niech ubije! raz będzie koniec! — szepnęła dziewczyna przez zaciśnięte zęby. Sochalina nie usłyszała jej może i udobruchana nagle dodała:
— Nie trzeba gadać: chłopak śwarny, do roboty zuch i ojców szanuje. Nie odszedłby ich tak, jak Ignac, z którego nie mają pociechy ni pomocy. Cóż! żeby był jeszcze śwarniejszy, kiej między Sochalami a Kozikami nijakiéj zgody być nie może.
— Co ja temu krzywa! — odparła dziewczyna, — bawiliśwa się razem od dziecka, razem chodzili za bydłem, a teraz przez niego to mi już nic nie miłe na świecie.
— Abo to prawda! — ofuknęła ją matka. — Czy to jeden Jasiek na świecie? Poczekaj! przed zapustami tylko patrzéć, jak tu Szymek Pazdunów z wódką przyśle.
— Ja nie chcę! — zawołała Małgosia.
W téj chwili drzwi skrzypnęły i wszedł do chaty Sochala. Kobiety umilkły nagle, a gospodyni jęła się krzątać koło innéj wieczerzy, bo wiedziała, że mąż był niecierpliwy okrutnie; zwłaszcza od czasu sprawy z Kozikiem, wszystko go gniewało i nie uspokoił się nawet, choć rolę mu przysądzono. I kto wie, czy ta jego popędliwość nie przyczyniła się więcéj od zabiegów Marcina do zrzucenia go z sołtysostwa.
Był to chłop w średnim wieku, wysoki, kościsty, zdawał się starszym niż był w istocie na spracowanéj twarzy oprócz bruzd zwykłych, jakie wypisuje wiek i trudy, zarysowały się jakieś bruzdy inne, przykre dla oka. Wyglądał jakby się czegoś lękał, czemś niepokoił. I niech Bóg broni, żeby mu się kto sprzeciwił, — wiedziano, iż w gniewie był strasznie zapamiętały: nie dziwota więc, że żona i Małgośka a nawet mała Olka bały go się, jak ognia.
Wszedł do izby ponury jak zwykle, z brwią ściągniętą i spojrzał podejrzliwie po obecnych, a widząc zapłakane oczy córki i zaniepokojoną twarz żony, spytał groźnie:
— A co tam znowu?
Małgośka milczała, stojąc koło komina.
— No! cóż tam? — spytał groźniéj Sochala.
— Ej nic! — odparła szybko żona, dolewając wody do świeżego udoju mleka i stawiając go przy ogniu.
— Jakto nic, czegóż dziewucha płakała?
— Bom ją zgadała, co dała mleku wykipiéć, a teraz muszę oto niezbierane jeszcze zagotować do klusek.
To co mówiła, było prawdą, przecież ojciec musiał zrozumiéć, że po za tą gospodarską szkodą kryło się coś innego, — wyrzekł więc, zwracając się do córki:
— O czemże ty myślisz?
Małgosia miała oczy spuszczone; czuła na sobie badawczy wzrok ojca, buntownicze myśli paliły się w jéj głowie, usta jéj poruszyły się, jakby chciała wypowiedzieć wszystko, co miała na sercu, ale strach uwięził jéj słowa w gardle.
— Pamiętaj sobie — zawołał ojciec, który zapewne wiedział więcéj niżeli chciał z razu dać poznać — żeby ci głupstwa nie chodziły po głowie! Pamiętaj, że pókim dobry — to dobry, ale niedoczekanie twoje, żebyś mi się z tymi zadawała, co na krzywdę moją dybią! Pamiętaj, od Jaśka wara, bobym was ubił oboje własnemi rękami!
Dziewczyna znowu nie odrzekła słowa, ale matka, lękając się gniewu Sochali, przerwała prędko:
— Na co tyle gadania? dyć tego i to mleko nie warte.
Sochala kiwnął rękę.
— Co tam mleko! czy to niema krów w oborze? Bierz sobie na uwagę to, co mówię, bo i o twoją skórę idzie. Od tegoś matka, żebyś dziewuchy strzegła, bo inaczéj...
Nie dokończył, zsunął brwi groźnie i siedział na ławie w milczeniu; w chacie było cicho, jakby makiem zasiał.


∗                         ∗

We wsi tego wieczora panował ruch niezwykły. Rodziny wysyłały synów swoich do losów, żegnały ich, gościły, naradzały się i pocieszały wzajemnie. Kobiety piekły chleby, gotowały kiełbasy lub jaki kto miał w domu przysmak dla odchodzących, bo nikt nie wiedział, czy wrócą; ojcowie ich i przyjaciele zgromadzili się w karczmie.
Karczma stała nad sadzawką, na wywyższeniu, zabezpieczona tym sposobem od jéj wiosennych przyborów, z ganeczkiem bardzo prostej budowy, podpieranym przez dwa drewniane słupki. Sień miała na przestrzał, drzwi jéj tylne wychodziły na kawałek rumowiska, pełnego bujnych chwastów i zielska. Rosły tam w tym gruzie złote dziewanny i jadowite blekoty, bujne osty i srebrne piołuny, a olbrzymie liście łopianów i głowy ich najeżone kolcami wznosiły się dumnie, dając schronienie całéj rzeszy kur.
Dawniéj była tu stajnia, dziś rozebrana, bo ktoby tu z końmi zajeżdżał; jeśli zaś trafiła się jaka fura, to stanęła na dworze, a konie jadły obrok z worków, które im do łbów przywiązywano, lub częściéj przegryzały siano na ziemię rzucone.
Izba szynkowna zajmowała prawie połowę domostwa, bo tylko wązki alkierzyk odcięto od niéj od tyłu na pomieszczenie szynkarza i jego rodziny.
Chociaż wieś była wielka i bogata, szynkarze zmieniali się tu często, ludność bowiem dosyć była trzeźwa, przejezdny rzadko się trafiał i chyba przy jakiéj szczególnéj okoliczności karczma się zapełniała. Dlatego też szynkarz musiał mieć jakie inne rzemiosło, a i z rzemiosłem utrzymać mu się było ciężko.
Obecnie na karczmie siedział szewc Jacek Przyszwa, zwany, Bóg wie za co, panem Jacentym. Wolał on jednak mieć do czynienia z kieliszkiem niż z dratwą i zaglądał do niego, ile razy tylko nie dopilnowała się pani majstrowa, która trzymała w swéj silnéj garści władzę nad karczmą i nad mężem.
Tego wieczora pani majstrowa stała za szynkwasem, rzucając rozkazy mężowi i Bronce, kilkunastoletniéj dziewczynie, która zwykle piastowała jéj dzieci a gdy zebrało się więcej gości, stawała się jéj pomocnicą.
W karczmie wrzało jak w ulu. Za stołem siedział sołtys z kilkoma starszymi gospodarzami, których synów miał nazajutrz odprowadzić do gminy.
Na twarzach ich widny był frasunek, a każden myślał o tem, żeby zły los jego dziecko ominął. Więc siedzieli nachmurzeni, jeden i drugi kazał postawić wódki i przepijali do siebie.
Sołtys, człek wymowny choć młody, opowiadał różne wypadki z losowaniem, jak kiedyś ten, co miał przygotowany wykup, właśnie wyciągnął dobry numer, a ten co najbardziéj chciał pozostać w domu, pójść musiał na kraj świata.
— To tak zawdy na świecie! — odezwał się głos ochrypły — biednemu zawdy wiatr w oczy, a gdzie cienko tam się rwie!...
Przy stole, oparty obydwiema pięściami na nim, stał Marcin Kozik; wytartą baranią czapkę rzucił na ławę, a siwe długie kosmyki włosów okrążyły jego łysą czaszkę, policzki były zaczerwienione. Stara, zbrukana sukmana roztwierała mu się na piersiach, jakby nie dojmował go chłód jesienny.
— Gdzie cienko, tam się rwie! — powtórzył — przecie stać mnie jeszcze na kieliszczynę, żeby mego Jaśka pożegnać. Szynkarz! — krzyknął, rzucając na stół kilka grubych miedziaków — nalewaj, a mocnéj, takiéj mocnéj jak nieszczęście!
Pan Jacenty zaczął wódkę nalewać. Gospodarze posunęli się, żeby zrobić miejsce Kozikowi.
— Siadajcie, kumie! — rzekł uprzejmie sołtys, który pamiętał, że zawdzięczał głównie swą godność zabiegom jego przeciw Sochali. — Może też Jasiek dobry los wyciągnie.
— Dobry los! Gadajcie zdrowi. Gdzie mnie tam do dobrego losu? Żeby był jeden zły na całą wieś, to i tak na mnie on padnie. Już taka moja dola!
— Abo to prawda? — odezwał się Parada. — Że Jasiek staje do losów, to już tak być musi, cóż wy od innych gorszego.
Kozik pokiwał głową w milczeniu.
— Dobrze wam to mówić — mruknął — wam, coście synowi wybór mieli za co wyrobić; ale mnie Ignaś gdzieś tam powędrował daleko, a Jasiek cała podpora.
Wychylił jednym tchem kieliszek i podparł głowę na obydwóch rękach.
— Oj, inaczejby to było — zaczął znowu, jakby sam do siebie — gdyby mi był Sochala tego gruntu nie wydarł: i jabym se drwił z losów i jak wy brzęknął kieszenią — to możeby mi Jasiek został w domu...
— Ej, po próżnicy narzekacie, Marcinie! — wtrącił Pazdun. — Że wziął Sochala, to prawda, wziął śliczności ziemi ze sześć stajów, ale wam się więcéj zostało i także nie ostatniéj.
— To i cóż! miałem swojéj krzywdy darować? Niedoczekanie jego!
— Widzicie, w sądzie mu to przyznali, to już na to nie poradzita.
— Żeby tam sto sądów, kiéj mu się nie należało!! Po matce, bo po matce rodzonéj dostała mu się ta rola, choć wszystkim wiadomo, że to mój ojciec ją kupił; ino źle zapisali i ztąd poszło moje nieszczęście. Potem ojciec pomarł, wdowa po nim rolę obsiewała, bo tak przykazował przed śmiercią, przecie ona moją być miała i sama nieboszczka temu nie zaprzeczała.
Starsi gospodarze nie przeczyli także, zdawali się przekonani o słuszności sprawy Kozika, a sołtys odezwał się znowu:
— Sochala świadków postawił.
— Psiakrew, świadkowie cygany, jak on sam! — zawołał, uderzając pięścią w stół z całéj siły. — Dziś co? on pan, a ja z torbami pójdę, jak Jaśka nie stanie...
Noga, najstarszy gospodarz we wsi, który w milczeniu przysłuchiwał się całéj rozmowie, oparty oburącz na kiju, odezwał się wówczas powolnie, trzęsąc głową swoim zwyczajem:
— Sochala skrzywdził was Marcinie, co prawda, to prawda!
— Dziś widzicie sami! — zawołał, rad z przyznanéj sobie słuszności.
— Ale i wy — ciągnął daléj stary — opuściliście się, oj opuścili! zaniedbaliście tę świętą ziemię, że wam same chwasty zrodziła i niepoczciwą się stała z waszéj przyczyny.
Gdyby kto inny odezwał się w ten sposób, Kozik, zwłaszcza po kieliszku, nie zniósłby tego spokojnie. Ale Noga miał wielką powagę, mógł niemal ojcem być wszystkich mieszkańców Błotnéj Woli i wszyscy go też ojcem nazywali. Kozik więc nie gniewał się, ani uniewinniał. Przez chwilę słuchał go z głową zwieszoną, potem podniósł ją nagle.
— Może i prawda wasza. — A potem dodał gwałtownie: — Dyć to wszystko przez Sochalę! Jak on mi wydarł tę rolę, tak mi święta ziemia i praca przy niéj obrzydła, miałem na myśli ino moją krzywdę, — a kiedym go zobaczył albo kiedy mi przyszło koło jego gruntu przechodzić, to się trzęsły we mnie wnętrzności.
— Oj tak, krzywda wasza Marcinie, ciężka krzywda — powtarzał Noga — co prawda, to prawda! Wasz ojciec zawsze powiadał: ta rola będzie dla Marcina po najdłuższem życiu nieboszczki, tak, tak zawsze powiadał — dla Marcina!
— A gdzież Jasiek? — spytał sołtys, oglądając się po pełnéj izbie. — Każden tu zajrzał z losowników, on się tylko nie pokazał.
Zaczęto pytać się o Jaśka, nie widział go nikt ze zgromadzonych, ani też pan Jacenty, ani jego małżonka, ani Bronka uwijająca się po izbie.
Pazdon się uśmiechnął.
— Abo to Jasiek niema kogo pożegnać? śwarny z niego chłopak, niejedna dziéwka ślipie za nim wypatrywała. Małgośka Sochalanka to mało ze skóry nie wyskoczy.
— A niechby ją siarczyste pioruny!! — zaklął Kozik. — Dałbym ja jéj!
Ale stary Noga wziął go za ramię.
— Nie ciskajcie przekleństw Marcinie. Dziéwka nie winna.
Nie było się też o co złościć. Jeśli młodzi na siebie patrzyli, a snadź wiedziała o tem wieś cała, dzień jutrzejszy miał ich rozdzielić na długo, na lata całe, — przez ten czas Małgośka panną zostać nie mogła. Do córki bogatego gospodarza cisnęli się zalotnicy, miała tylko kłopot wyboru. Zresztą albo to raz chłopak i dziewczyna mają się ku sobie, a potem każde pójdzie w swoję stronę i zapomną.
Długo w noc trwała w karczmie narada. Było o czém myśléć, o co się starać — i téj nocy mało kto spał w Błotnéj Woli; a kiedy na wschodzie pobladły gwiazdy i pierwsze zorze rumienić się zaczęły, zaświeciły ogniska przez okienka chat i wszyscy byli na nogach.


∗                         ∗

Kozikowa z zapłakanemi oczyma krzątała się około komina, by ostatnie może śniadanie zgotować synowi, a Jasiek stał ponury, patrząc to na matkę, to na tę chatę, co ją miał porzucić, to na krajobraz jesienny, widny przez drzwi na oścież otwarte. I robiło mu się dziwno na sercu, patrzał i patrzał, jakby napatrzéć się nie mógł tych wszystkich rzeczy, które znał przecież od maleńkości. Brała go ochota obiegnąć jeszcze ten las, którego szum miał w uszach, te zagony czarnéj roli, na których teraz rosła bujna zieleń ozimych posiewów, cała od nocnéj rosy perlista, te błonia, gdzie ubiegły mu jego pierwsze lata razem z rówieśnikami przy pasaniu, i te wierzby, z których kręcił fujarki, z których każdą znał z osobna tak dobrze, iż byłby poznał ją pomiędzy tysiącem innych.
A wszędzie, gdzie myśl jego biegła, widział przy sobie postać dziewczyny o siwych wielkich oczach: ona z nim słuchała szumu ponurych sosen, z nim razem chodziła po zagonach i bujała po błoniach.
Matka tymczasem ugotowała barszczu, zaprawiła go niezbieranem mlekiem, nasypała na misę swieżych kartofli i wołała, żeby jadł, póki mu nie ostygnie. Jaśkowi żałośnie było odwrócić się od tego widoku z progu chaty, ale kiedy spojrzał na matkę i ojca, zrobiło mu się jeszcze żałośniéj. Przysiadł się jednak do misy i pożywał dary Boże w milczeniu, z rodzajem nabożeństwa, jak to czynią ludzie, którzy nie zawsze jedzą do syta, nic nie mówiąc. Wiedział przytem, że ma drogę przed sobą. Stary Kozik, choć zafrasowany ciężko, jadł także, tylko matka patrzyła na syna i łzy ją dławiły. Ocierała je w milczeniu fartuchem i kładła w kobiałkę podróżną: chleb, ser, masło, kawałek wieprzowiny i wszystko, co w domu najlepszego miała, a nawet uzbierane kilkanaście złotych wsunęła mu w osobny węzełek.
Dopiero, kiedy czas było iść w drogę i sam sołtys przyszedł po Janka, Kozikowa wybuchnęła płaczem wielkim i trzeba ją było niemal gwałtem od syna oderwać.
Kozik nie płakał wprawdzie, lecz kiedy syn schylił mu się do kolan, prosząc o błogosławieństwo, ręce mu drżały, jakby w febrze, zaczął coś mówić, ale słowa plątały mu się na ustach; szeptał może modlitwę, może przekleństwo, bo tam coś było o Sochali. Zrozumieć go było trudno. Potem oparł się o ścianę domostwa, jakby mu sił zabrakło, i patrzał szeroko rozwartemi oczyma na drogę, którą wraz z innymi Jasiek postępował.
— O Jezu miłosierny! oj już go więcéj nie zobaczę! A kto mnie poratuje w starości, kto tego chleba poda, kto da radę jaką! — zawodziła Kozikowa, postępując za nim.
— Niechajcie, matko! — mówił sołtys, usiłując zatrzymać ją w domu, — dyć Jasiek nie na zatracenie idzie, zobaczycie go jeszcze.
— Oj, nie zobaczę, nie zobaczę! — powtarzała rozżalona kobieta, — pójdzie na kraj świata od matki rodzonéj a mnie sierocie przyjdzie zamierać tutaj... Oj sierota ja, biedna sierota!
Powód żalu Kozikowéj był słuszny, nikt jéj się nie dziwił, kobiety wychodziły z chat swoich i użalały się nad nią, gdy szła za Jaśkiem, zawodząc. Kozik ponury, z brwią ściągniętą, z zaciśniętemi pięściami, szedł za nią, mrucząc coś przez zęby. Losownicy i ich rodziny kierowali się ku gminie, a droga szła tuż koło chaty Sochali. Na progu jej stała Małgośka. Czekała na Jaśka, jak mu to wczoraj obiecała, czekała nie bacząc na ojca, który w podwórku szykował pług i coś ciosał zawzięcie, — choć wiedziała, że mógł ją zobaczyć. Wczoraj jeszcze lękała go się jak ognia, dziś zaś stała się w niéj przemiana dziwna: wobec wielkiéj żałości, jaką przejmowało ją oddalenie się Jaśka, wstąpiła w nią jakaś rozpaczliwa odwaga.
Cały orszak przechodził właśnie koło niéj, Jasiek zatrzymał się. Nie mógł przejść, nie pozdrowiwszy jéj choćby słówkiem jednem.
— Ostań z Bogiem Małgorzato! — wyrzekł zdławionym głosem.
Chciała mu odpowiedzieć dobrem życzeniem, ale usta odmówiły jéj posłuszeństwa, tylko drgały wstrzymywanem łkaniem, a żadne słowo nie mogło przejść przez nie. Stali wobec siebie, każde przykute do miejsca wzrokiem drugiego, nie widząc nic, co się działo wokoło nich.
Patrząc na tych dwoje rozkochanych, obecni przystanęli także; szmer zrobił się pomiędzy nimi.
— Ojcowie się powadzili, a dzieci temu nie krzywe, — szeptały obecne kobiety, bo te zawsze są na kochanie łaskawe.
— Byłaby z nich śliczności para — głośniéj odezwała się jedna.
— Nieboszczka Kozikowa, to ta o tem myślała, bo to i lata i uroda równe, i grunta ojców przyległe, — dodała stara Bylina, znana z tego, że jéj tylko swaty były w głowie.
Szmery te niewyraźne doleciały Sochali; wychylił głowę z podwórka i ujrzał Małgośkę z Jaśkiem, jak stali zapatrzeni wzajem w siebie, niby w święte obrazy, pod oczami wsi całéj. Ponury wzrok jego zapałał. Wypadł na drogę, pochwycił dziewczynę za rękę tak gwałtownie, że jęknęła i przerażona osunęła się na kolana.
Zrobiło się zamięszanie. Sołtys chciał bronić porządku, ale zanim się zbliżył, Jasiek rzucił się na Sochalę, ażeby wyswobodzić z rąk jego Małgośkę. Sochala odtrącił go tak, że aż się zatoczył.
Ale na to przyskoczył Kozik: nienawiść dawna, zawziętość za doznaną krzywdę, gniew wzniecony obrazą syna miotały nim i wyryły się na jego twarzy.
— Zbóju jeden! złodzieju! — krzyknął ochrypłym głosem.
Nie mógł więcéj powiedzieć, oczy mu się iskrzyły, policzki przybrały barwę czerwoną.
Sochala przeciwnie pobladł, usta mu posiniały. Był to u niego znak najwyższéj wściekłości. W takich chwilach wszyscy uciekali mu z drogi, bo wiedziano, że był tak zapamiętały, iż gotów był zabić tych, co mu się sprzeciwiali. Trzymał właśnie w ręku siekierę i zamierzył się nią na przeciwnika.
Byłby go niezawodnie zamordował, szczęściem ktoś przytomny pochwycił go z tyłu za ramię: siekiera osunęła mu się z dłoni i spadła ostrzem na głowę Małgośki.
Teraz dopiero zrobiło się zamięszanie, trudne do pojęcia. Dziewczyna padła na ziemię z rozciętem czołem, z którego krew płynęła. Jasiek przypadł do niéj i unosił z ziemi jej głowę. Kobiety wrzeszczały, rzucając wśród okrzyków: O dziwo, o rety! zabił ją!.. Mężczyźni trzymali szamoczącego się Marcina, Sochalina biegła z krzykiem do córki, a Olka wtórowała jéj w niebogłosy.
Krzyk ten, czy widok krwi opamiętał Sochalę; trzymano go, ale on i bez tego stał nieruchomy, zdrętwiały, patrząc błędnemi oczami na córkę z twarzą zbielałą: ta z zamkniętemi powiekami leżała jak martwa w objęciu Jaśka. Na jego ręce i sukmanę biegła wstęga krwi, broczyła zeschłe liście, zaścielające drogę, czerwonemi koralami spływała się z perełkami rosy i tworzyła szeroką kałużę.
— Ratujcie! kto w Boga wierzy, ratujcie! — wołała Sochalina.
— Oj, nic jéj nie pomoże! — lamentowały kobiety, — już po niéj, już po niéj!! Połóż ją na ziemi Jaśku, niech skona nieboże spokojnie — rozkazywała Bylina.
— Wyprowadźcie matkę! — Nie, wyprowadźcie, ojca!
Ale, gdy miano odciągnąć od Małgośki Sochalę, rzecz okazała się trudną; trząsł się cały, zimny pot kroplami spadał mu z czoła, ale z miejsca ruszyć się nie dał.
Tymczasem Kozikowa okazała się przytomniejszą od innych: zmaczała płachtę w sadzawce i przyłożyła ją do rozciętego czoła dziewczyny, potem rozdarła szmatę i ostrożnie ranę obwiązała mokrą chustą.
Jasiek patrzał na Małgośkę, jakby to z jego serca płynęła ta krew, którą miał na sobie.
— Żyje! — zawołała matka.
— Żyje! — powtórzył Jasiek, — żyje! O Małgoś! Małgoś!
I wybuchnął płaczem wielkim, jak dziecko.
Żyje! to słowo dobiegło Sochaliny i rozeszło się pomiędzy tłumem, który teraz składał się ze wszystkich mieszkańców Błotnéj Woli, bez wyjątku.
W samej rzeczy Małgośka otworzyła oczy, powiodła zdziwionym wzrokiem wokoło, a widząc się w ramionach Jaśka wobec wsi całéj, usiłowała się podnieść. Ale to było nad jéj siły: głowa jéj z jękiem opadła, powieki zamknęły się znowu.
Litośny szmer rozległ się wokoło.
Tak jednak zostawić jéj nie było można. Przy osłupiałym ojcu, rozpaczającéj matce i wrzeszczącéj w niebogłosy Olce, nikt znowu nie wiedział, co miał począć. Sołtys, zmięszany nagłym wypadkiem, stracił głowę, a przytem nie miał on takiéj powagi, żeby go posłuchano tam, gdzie nie chodzi o rzeczy urzędowe.
Gdy tak wszyscy stali około rannéj, dał się słyszeć drżący głos starego Nogi, który wsparty na kiju był świadkiem tego, co się stało:
— Czegoż tu czekacie? — mówił.
— A no! — odpowiedziały mu tu i owdzie niepewne głosy.
— Jaśku! — mówił daléj Noga, — trza ją zanieść do chaty, a wy Kozikowa podtrzymajcie jéj głowę!
Posłuchano go, Jasiek podniósł się z ziemi i z pomocą matki niósł Małgośkę powoli, ostrożnie, jak świętość. Pierwszy raz od czasu zatargu ojca z Sochalą przestąpił próg jego chaty, i sam nie wiedział, kiedy to się zrobiło. Bo przecież teraz nie mógł myśleć o czem innem, jeno o téj niebodze, co skrwawiona i blada, jak płótno, którym przewiązano jéj głowę, leżała na jego ramionach.
Sochala szedł za nimi jakby nieprzytomny, wpatrzony w córkę. Od czasu jak ją zranił, nie powiedział ani słowa, nie wydał głosu, patrzał przerażony na swój czyn i swoje nieszczęście. Jak martwy padł na ławę i wodził oczami po chacie, po ludziach, którzy ją napełniali. Czyż doprawdy był u siebie, czy to jego Małgosia leżała bez czucia? Czy on był sprawcą tego? i czy naprawdę Kozikowie krzątali się przy niéj, ratowali, jakby swoją, gdy matka głowę straciła, a on był zabójcą swego dziecka?
Przychodziło mu na myśl niewyraźnie, co teraz będzie. Pewno wezmą go ztąd daleko, zamkną do więzienia, będą sądzić. Ale co mu tam wszystko znaczyło! Niechby sam zginął, byle Małgosia była zdrowa, byle uśmiechała się do niego, jak zwykle, kiedy była weselem jego chaty.
— No, teraz w drogę! — odezwał się sołtys. — Zmarnowało się kawał czasu. Jaśku, puść dziewczynę i chodźwa!
Jasiek podniósł się nawpół nieprzytomny ze skrzyni, na któréj usiadł przy łóżku.
W téj chwili przecież Małgosia otworzyła powieki i wlepiła w niego siwe oczy, teraz takie smutne, zatęsknione, zbolałe, że aż serce pod tem spojrzeniem topniało.
Jasiek się zatrzymał.
— No chodź, już czas, — wołał sołtys.
I pociągnął go za ramię.
Jasiek postąpił parę kroków: kochał, czy nie kochał, cierpiał, czy nie cierpiał, czy był pełen niepokoju czy trwogi, iść musiał. Wiedział o tem dobrze. Ale w téj ostatecznéj chwili przychodziła mu ochota rzucić się do kolan rodzicom i błagać, by o niéj myśleli, a nawet onby się był rzucił do nóg Sochali, byle córki swéj nie krzywdził. Zawziętość wszystka stopiła się u niego w wielkiéj żałości.
Ale gdy odchodził, Małgośka jęknęła tak boleśnie, jakby jéj kto serce wyrywał. A wtedy też Sochala zerwał się z miéjsca i rzucił się ku łóżku. Stary Noga zasłonił sobą dziewczynę, bo nikt nie wiedział, co ojciec miał w myśli. On przecież przypadł do łóżka, ryknął głosem wielkim: „Małgoś moja, co ja zrobiłem”! I ukrył twarz w poduszkach, na których spoczywała.
Ten twardy, ponury człowiek był teraz zwyciężony, garnął się do córki, jakby szukając jéj przebaczenia. Ale nie wypowiadał tego słowami, a to dlatego, że nie umiał miękko przemawiać.
W téj chwili Jasiek już był na progu. Dziewczyna ścigała go wzrokiem, nie zważała na ojca.
— Jaśku, Jaśku! — zawołała tylko, wyciągając ramiona, jak gdyby zatrzymać go chciała.
On iść musiał, wiedzieli o tem wszyscy. Ona tylko wiedzieć nie chciała i wybuchnęła płaczem, tak że krew znów sączyć się zaczęła przez obwiązującą ją chustę.
— Małgoś! bój się Boga, Małgoś — przemawiały do niéj kobiety, ale nadaremnie: żal rozdzierał serce dziewczyny, ona kryć się z nim nie chciała i nie mogła.
Słychać było na drodze kroki oddalających się, a w izbie zapanowało zamieszanie wielkie. Sochala trzymał ręce Małgosi, bo ona chwytała się za głowę i chciała z niéj włosy wydzierać i odrywała chustę, zawiązującą ranę.
Sochalina płakała i zawodziła.
Wówczas odezwał się Noga.
— Oj Jakóbie! Jakóbie! skrzywdziliśta własne dziecko omal nie na śmierć przez swoją popędliwość, a teraz lamentujecie po próżnicy, zamiast takie słowo powiedzieć, coby i ją niebogę pocieszyło i wam ciężar zdjęło z sumienia.
— Więc cóż mam zrobić, mówcie! — zapytał porywczo Sochala.
— Wiecie wy to pewno lepiéj odemnie, — ciągnął stary, — jeno z zawziętości wielkiéj nie chcecie wymówić. To przecież Bogu i ludziom świadomo...
Sochala spojrzał na starca, którego pooraną a pogodną twarz otaczały włosy białe, jak mleko, na córkę, na żonę, wreszcie na Kozikową, która ją pocieszała jak mogła, i nawet nie pobiegła za synem — i serce jego zmiękło.
— Mówcie, ojcze! — zawołał, — a jak mi poradzicie, tak zrobię.
Domyślał się on może, jaką będzie rada starego, przecież wolał by słowa pojednania wyszły naprzód z ust jego, niż żeby je miał sam wypowiedzieć.
Noga uśmiechnął się dobrotliwie, jak uśmiechają się starzy, kiedy mają szczęście dać młodym.
— Ano! — wyrzekł, — czy nie widzicie, że Małgośka z Jaśkiem się kochają i że połączyć ich trzeba?
Gdy to wypowiedział, w izbie zapanowało milczenie wielkie. Sochalina i Kozikowa wstrzymały oddech, Małgośka zaprzestała jęków, wszystkie oczy zwróciły się na gospodarza, który stał z głową pochyloną. Tylko z ciężkiego oddechu, tylko z rąk zaciśniętych można było widzieć, że odbywała się w nim ciężka walka, że cały łamał się w sobie.
— Ha! wyrzekł wreszcie niepewnym głosem — jeśli Jasiek dobry los wyciągnie...
Było to więcéj, niż kobiety spodziewać się mogły. Sochala już widać nie uchylał się od wydania córki za syna Kozika, sam zaś w siebie wmawiał, że jeśli Jasiek powróci, to snać już takie przeznaczenie; jeśli zaś wypadnie mu żołnierka, to on ze swojéj strony zrobił wszystko, co do niego należało.
Ale Noga na tem nie poprzestał.
— Jakóbie! Jakóbie! — wyrzekł, trzęsąc głową — czy to w waszéj komorze zbraknie pieniędzy na postaranie się o wybór dla Jaśka? Toć wiecie, że Jasiek nie powinien iść do wojska, jeno Ignac: tamtego sobie odnajdą, byle teraz postarać się o potrzebne papiery i Jaśkowi wybór wyrobić. Na to trza pieniędzy, których Kozik nie ma wcale... Jeśli Jaśkowi oddajecie córkę, toć go przyjmiecie za syna i powinniście postąpić jak z synem.
Cała chciwość Sochali obruszyła się na to. Zawziętości swojéj mógł zapomnieć, mógł dziewczynę oddać Jaśkowi, ale, chociaż go sobie tak upodobała, żeby on miał jeszcze uwolnić z wojska syna swego wroga, tego było za nadto.
— Co? ja? zawołał... Cała moja chudoba na to nie starczy.
— Nie gadajcie Jakóbie, — odparł starzec, — nie tak to wiele potrzeba, a przytem wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi.
— Jak mi Bóg miły....
Ale tutaj starzec położył mu rękę na ramieniu i dokończyć nie dał.
— Dajcie pokój przysięgom, — rzekł z powagą.
— Dyć nie mam, nie mam! — próbował tłómaczyć się Sochala, — zkądby u mnie się wzięło?
— Zkąd! — powtórzył patrząc mu prosto w oczy, — a ot choćby z tego gruntu, coście od Kozików wyprawowali.
— Ja! ja! — zawołał gniéwnie Sochala, — to mój grunt. Wiadomoć, że mi go przyznali.
Noga nie uląkł się tego gniewu.
— Już to przyznali, bo przyznali, i grunt se obsiewacie już drugi rok; ale po sprawiedliwości Jakóbie, po sprawiedliwości, to on rzetelnie Kozikowy...
Sochala patrzał w ziemię ponuro. Bolał go ten sąd Nogi, bo dobrze wiedział, że to był sąd wsi całéj, a Noga mówił daléj.
— Co się Kozikom należy, niech idzie do Kozików: rola tymczasem przy was zostanie, a grosz coście z niéj zebrali to będzie na wykup Jaśka. A potem, jak się młodzi pobiorą, oddacie im ten grunt i tem krzywdę naprawicie...
Mówił stanowczo, jakby wszystko obmyślił z góry i pewien był przyzwolenia.
Znów była chwila ciszy, a wśród niéj słychać było ciężki oddech dziewczyny, któréj oczy, jak w tęczę wlepione były w ojca.
— Ha! niech ta będzie, jak mówicie! — wybuchnął wreszcie gospodarz, podnosząc czoło z dobrem postanowieniem.
Małgośka pochwyciła ręce ojcowskie i przyciskała je do ust, a Kozikowa przypadła mu do kolan.
— Ojcze mój! — wołała, obejmując je z uniesieniem.
Sochala usiłował ją podnieść.
— Teraz matko, — wyrzekł po chwili, — trza nam jechać czemprędzej do powiatu.
— A mnie to już o nic nie pytają? — odezwał się Kozik, który, uwiadomiony o tych niespodziewanych wypadkach, ukazał się na progu.
Była to może najcięższa chwila dla Sochali. Od czasu pierwszego zatargu o rolę, nazbierało się pomiędzy nim a Kozikiem tyle nieprzyjaźni, tyle obelg, że można się było lękać pierwszego spotkania.
Ale tu także stary Noga pośpieszył ze słowem pojednania.
— Ja się tu orzekłem dziewosłębem, — wyrzekł potrząsając czapką — i dla Jaśka pokłoniłem się ojcom o Małgośkę, a ojciec przyzwalają i nawet gotują się dać pieniądze na wybór Jaśka, a córce w posagu oddają tę zasądzoną rolę...
Wzrok Marcina zatopił się w twarzy Sochali, jakby pytał o prawdę tych słów. Dwaj przeciwnicy mierzyli się wzrokiem.
— Ha! — wyrzekł wreszcie Sochala — wola wasza! szczęściu dziecka nie będę przeciwny.
Podali sobie ręce — a stary Noga powiedział: nie pierwszyzna to, że miłość dzieci jedna waśnie ojców.


∗                         ∗

Starania o wybór dla Jaśka, pomimo wielu trudności, powiodły się dzięki pieniądzom Sochali dobrze; choć dopiero po dwóch miesiącach powrócono Jaśka do domu... Zaraz też na początku zapust odbyło się huczne wesele Małgosi z Jaśkiem. Chata Sochalów ledwie mogła pomieścić licznych gości, między którymi pierwsze miejsce zajmował stary Noga. Był on wesół nadzwyczajnie, ręce zacierał z radości i z uśmiechem patrzał to na młodą parę, to na jéj ojców, ściskających się, jak prawdziwi przyjaciele.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.