Skarby zaklęte w Tatrach

>>> Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Eljasz-Radzikowski
Tytuł Skarby zaklęte w Tatrach
Wydawca Stanisław Eljasz-Radzikowski
Data wyd. 1903
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBY  ZAKLĘTE
W TATRACH
StER
1903






Odbito jako rękopis w 50 egzemplarzach.

KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.










Są skarby w Tatrach, dojść do nich nie łatwo, — co to jest w tem, cy to co ślepi, cy cłek niegodzien? jak to jest? — wierzą w nie przecie wszyscy górale, bo i pocóżby Pan Bóg tak wielkie góry stwarzał, gdyby w nich skarbów nie było. Są, ale mało kto do nich dochodzi, mało kto o nich wie, a jeżeli wie, niechętnie mówi i nie byle komu. Lata można przeżyć w Tatrach i nic się o nich nie dowiedzieć.
Wiele też trzeba starań, zachodów, przyczem szczęście nie mały ma udział, aby zajrzeć w ten świat tajemnic.
To, co dalej przedstawię, jest dla mnie samego nawet niespodzianką. Zacząwszy obok innych wątków z dziedziny tajemnic zbierać wiadomości o skarbach ukrytych w Tatrach, nie przeczuwałem, aby mógł dojść do tak obfitego plonu, bo nawet do oryginalnych przewodników pisanych, podług których odkrywa się zaklęte skarby.


∗             ∗

A teraz cofnijmy się w daleką i to prawdziwie daleką przeszłość, bo aż do wieku XIII.
Roku P.1246, a więc za Bolesława Wstydliwego, Piotr Wydżga, z rodu Janinów, szlachcic ziemi krakowskiej, posiadacz zamków Czorsztyna, Rytra i Lemiąszu, co się obogacił wielce skarbami, które nalazł w górach około Łącka, — w czas głodu naładowawszy szkuty bogactwy i spiżą, popłynął Dunajcem, a dalej Wisłą do Krzyżaków i ich od śmierci ocalił głodowej. Do zakonu też tego wstąpił. Umierając jednak, ruszony snadź wyrzutami sumienia za czyn wobec braci krzyżackiej dobry, przez Polskę jednak owoczesną za hańbę poczytywany — dał przynajmniej spisać wyznanie, jak się do skarbów dochodzi.
I wyznanie to z roczników krzyżackich wypisał Długosz i w Liber beneficiorum umieścił. Brzmi tak:
In nom. Sanctae Trinitatis et individuae unitatis.
Ja z Torunia, gdy sem umrzeć imiał, proto sem to kazał popisać, żeby to na mei duszy nie zostało.
Najpirwéj sia pytajcie do Krakowa, a z Krakowa do Nowego Sądcza, a z Sądcza Nowego do Starego Miasta, a z Starego Miasta do Rytra, a pod tym hradem pod Rytrem, stoji jedna karczma, a jeden młyn, a tam jedna woda wpada, co jej dzieją Roztoka. Pofolgujże wodzie tej, a jidź po niej, a gdy budziesz w lesie dalieko, tejdy przydzie tam druga woda z liewej ranki, opuść tą na prawo, a folguj tej na lewo, a ta idzie aż do wirzchu. A pod ty, wirzchem jest łanczka, ta woda jidzie przez nią. A przy tej wodzie jaskinia pod ziemią. A jidziesz jedno stajanie, a potem tą wodą znajdziesz, bo tam sem ja cembrował cisem. A tu idź do jednej doliny, a nad tą doliną jest jeden potoczek, co zowią Sucha Roztoka. A tu stoji mosiądź i gwiazdy napisane, — tu masz posiągnąć albo co masz i wziąć. A tam jest kaganiec i miska.
A gdy na to miesce przydziesz, pokląknij, a daj Bogu chwała etc. Jestli cię Pan Bóg upamiąta, mej dusze niezapamiątaj. A to jest dobro jako groch i jako siemię, a rzadko jako bób. A to Panu Bogu polecam.
Potem następuje drugi jeszcze dłuższy opis, ale już po łacinie z wsuniętemi tylko słowami polskiemi. Zaczyna się: Item aliis verbis. W ciągu przychodzą takie np. ustępy, poprzedzające makaronizm późniejszy, a tak już makaroniczne: venies sub wirzchowinam, ibi incipientur magnae arborum fractiones alias łomy, per quos transire recte ad potok obstructum, alias skryty: veniens ibi sub wirzchowinam, tune debes respicere skałam magnam musco alias mchem zawieszoną itd. Wkońcu ubi invenies unum digitum alias kciuk, ibi jam Deum laudabis, obtinebis, quod quaeris. Takich wiadomości z podaniem drogi do skarbu jest razem dziewięć. Są długie, dokładne, z opisem drogi, jak poprzednia, są krótkie np. Item prope Muszynam inter villas Milik et Szczawnik, dicitur multum auri esse, — albo: Item in Stadniki prope Wieliczkam magister Venceslaus Solc de Gliwice asserit esse foecundissimam auri venam.
Nie wchodzę tutaj bliżej w samą osnowę opowieści Długosza o Piotrze Wydżdze, czy jest prawdziwą i na czem polega, bo zresztą zajmował się tą rzeczą niedawno p. Karol Potkański, który o tem mówił w Akademii Umiejętności. Mnie obchodzi tylko sam przewodnik. Mimo że go Długosz przenosi do wieku XIII, językiem jednak staropolskim należy do czasów współczesnych Długoszowi, więc do w. XV. Można więc z pewnością powiedzieć: już za czasów Długosza, czyli w wieku XV istniały przewodniki do skarbów ukrytych w górach w Polsce, a jak zobaczymy później, zupełnie podobne do opisów w dzisiejszych czasach, używanych przez poszukiwaczy skarbów w Tatrach.
Stwierdzamy więc ich dawność niewątpliwie. Od wieku XV można śledzić dalszy ciąg takich samych opisów. I tak posiadam odpis opisu podobnego z samego początku XVI wieku w języku mieszanym polsko-słowackim, którego kawałek przytaczam dla porównania z wyznaniem pana Piotra Wydźgi.
Pytaj się na potok Biłej Wody (w Tatrach), a gdyż k’niej przydziesz, za jeden wirch, który zowią Stysł, tu rośnie ziele, któremu imię unora; dzierż się tego potoku biłego, aż przydziesz do biłego jeziora, z którego wypada biła woda, a potem obejdź to biłe jezioro, a niechaj go po prawej stronie, abo ręce, aż na drugą stronę przejdziesz, a tu najdziesz cug lazurowy przy kraju tego jeziora,... a ten lazur ma w sobie złoto. Tam isem ja brał roku pańskiego 1507.
Z wieku XVII już posiadam obfitsze opisy.
Jeden nadzwyczaj zajmujący dla innych szczegółów topograficznych, bo opisuje Morskie Oko, Czarny Staw, Pięć Stawów itd. jak widać na mocy naocznego przeświadczenia, zaczyna się również w sposób opisu Długoszowego Wydżgi słowem pytaj się.
Pytaj się do Jurgowa, z Jurgowa przepraw się na Polską stronę przez wodę Biały Dunajec itd., dalej różne znaki, jak ręka, łuk i strzała. Sam opis drogi jest jak na tego rodzaju przewodniki dosyć trzeźwy i jasny. Widać powstał pod wpływem bezpośrednich wrażeń, jakie odebrał opisujący.
Np., przyjdziesz pod sam wierzch tych gór do jednej rędziny pod wysokie skały zawieszone nad tobą, tak ci się będzie zdawało, iż na cię spadną. Idź prosto do tych gór, nie udawaj się na zachód, tylko zawsze na wschód słońca, tak długo idź, aże już ze wszystkich górskich zaroślin drzewa różnego wynijdziesz. Uważaj pilno wysokiej, samej w sobie, ostrej skały, nakształt jakiej okrutnej wieży od wschodu słońca. Z tej strony to jest najpierwszy Mnich — znakiem, gdzie ty masz bydź. Teraz się obróć na lewą stronę od wysokich wierzchów, tam bezpiecznie podejdziesz, aże przyjdziesz na jedną straszną dolinę głęboką, wszystką śniegiem zarzuconą.
Kto zna dobrze okolicę opisywaną, może potwierdzić zgodność z rzeczywistością. Ten to Mnich był celem wszystkich prawie wędrówek po skarby. Niedaleko niego małe jeziorko Żabie majaczyło w wyobraźni poszukiwaczy skarbów. Doń jednak prawie nigdy nie dochodzili. Dlaczego? Rzecz jest dość dziwna. Jeżeli się dzisiaj podług opisów dawnych chce odnaleźć szlak, którym chodzili szukający skarbów, odkrywa się niezwykłą zaiste drogę, bo jak można sobie wyobrazić, najuciążliwszą.
Dla zrozumienia musimy sobie uprzytomnić położenie jeziorka Żabiego w Tatrach.
W części Tatr wschodnich, czyli Wysokich, jeżeli się na nie patrzy od Polski, więc z północy, zwraca uwagę swoim ogromem na szerokiej nasadzie Szczyt Lodowy. Jest on trzecim z rzędu co do wysokości ze wszech wierzchołków Tatr, po szczycie Gierłachowskim i Łomnicy. Długo jednak uchodził za najwyższy, bo zresztą takie czyni wrażenie. Wspiera się na potężnych ramionach ponad całe otoczenie. U stóp Szczytu Lodowego ciągnie się ku północy ku Polsce obszerna walna dolina Jaworowa, sławna zdawna starymi jaworami, a od nich też nazwę dostała osada u wylotu doliny — Jaworzyna.
Dolina Jaworowa jak i inne doliny walne (t. j. dochodzące do głównego grzbietu Tatr), posiada cały szereg dolin górnych, na piętrach wysoko położonych już pod samemi turniami. Doliny te w najwyższych częściach zalegają wieczne śniegi, tutaj zwłaszcza z reszty Tatr bardzo rozległe, a od nich dostał miano Szczyt Lodowy. W stosunku do doliny Jaworowej ułożone są te doliny górne na piętrach, w kształcie wachlarza, więc jedna za drugą w półkole. Jedną dolinę górną od drugiej sąsiedniej dzieli ściana turni przepaścistych, opadających w dół ku dolnej głównej dolinie Jaworowej stokami dzisiaj już z rzadka, dawniej obficie porosłymi jaworem. Są to t. zw. Jaworowe Sady. Dla uprzytomnienia proszę spojrzeć na mapę okolicy. Mamy więc główną dolinę Jaworową i szereg (ów wachlarz) dolin górnych po piętrach.
Idzie tedy dolina Jagnięca z Piekłem, dolina Kołowa ze Stawem Kołowym, dolina Czarna ze stawem Czarnym Polskim, dolina Sucha, dolina Zadnia ze Stawem Żabim, dolina Żabia ze Stawem Małym Żabim, dolina Zielona ze Stawem Zielonym.
Staw Żabi leży wysoko na samym końcu doliny Jaworowej w tak zwanej dolinie Zadniej na piętrze. Żeby doń się dostać, najłatwiej iść wzdłuż potoku głównego doliną Jaworową w górę i wkońcu zostawiając na boku inne doliny, które nas w tym pochodzie wcale nie obchodzą — dojść wkońcu musi do Stawu Żabiego.
Cóż jednak czynili poszukiwacze skarbów? Szli zupełnie inaczej, przedzierali się przez wszystkie ścianki poprzeczne, dzielące doliny górne od siebie, no i oczywiście wchodzili na straszne manowce. Dzisiaj jeszcze to praca nie lada, a cóż dopiero dawniej, gdy i znajomość Tatr była tak mała, a roślinność o wiele bujniejsza. Ścieżek zaś, co potem wydeptały pokolenia pasterzy, strzelców, zbójników, korzeniarzy, górników, wcale nie było. Szli więc podług opisów i nie dochodzili do jeziorka Żabiego. Małe zmylenie drogi, jakaś nieprzewidziana przeszkoda, o którą w górach nie trudno, niepogoda, wiatr silny, burza wracały ich z drogi. A tu jeszcze tyle warunków trzeba było dopełnić, tyle modlitw zmówić, tyle znaków odnaleźć, przytem ani nic złego nie pomyśleć, ani broń Boże już wymówić. Nawet myśl zła lub zaklęcie towarzysza, którym bywał hojnie opłacony przewodnik tych stron świadom — obracała cały wysiłek w niwecz. Poszukiwacz skarbów błagał przewodnika, aby na miłość boską płono nie myślał lub nie gadał. Zresztą przewodnika trzeba było na czas odprawić przed dojściem do celu, boby wydał tajemnicę. Wielu też chodziło bez przewodnika z samym opisem, błąkając się całymi tygodniami po skałach, kryjąc się przytem przed okiem zazdrosnych pasterzy.
I tak niejednemu życie przeszło, a do Jeziorka Żabiego nie doszedł. Inny znów doszedł, ale cóż — nie dopełnił warunków, nie szedł szlakiem przepisanym, Bóg wie wkońcu, czy to co znalazł, było tem jeziorkiem Żabiem. Wówczas wierzono jeszcze bardzo w omamy, złudzenia, duch zły czyhał na każdym kroku, on łudził, mylił, — pełen niepewności i udręczeń przeżył taki człowiek życie, chodził i chodził w Tatry i do niczego nie doszedł. Często i śmierć tam znalazł, a kości jego następcy grzebali.
Na drodze do Jeziorka Żabiego stał Mnich, turnia ogromna do wieży okrutnej, jak jeden opis powiada, podobna. Mnich ten miał w sobie coś tajemniczego. Po skałach jego znaki rozmaite w granicie twardym wykute, a po nim w górze coś lśni do słonka, to obręcz złota na szyi Mnicha, jak powiadają opisy, — żyła złota szczerego. Mnich znów, to duch górski, co nocą przebiega ponad Tatry, a wiatr wyje szalony, i w lataniu mu towarzyszy. Mamy wiele Mnichów w Tatrach; najwięcej znany Mnich nad Morskiem Okiem, lecz to w innej Tatr stronie. W tym naszym Mnichu koło Żabiego Jeziorka w końcu dalekiej wędrówki, jak mówi opis: «ujżrysz dziurę jako na dwie siągi od ziemie, idź do niej, a powróciwszy postąp sobie nie głupio i swoim rozumem udaj się do domu»..
Z wieku XVIII posiadam też podobne opisy. Wogóle nazywają je górale spiskami. Taki spisek do Żabiego jeziorka w Tatrach powtarza się w wielu rękopisach. Ciekawy jest przez to, że zawiera dokładne modlitwy i wykłada o przeznaczeniu owych zaklętych skarbów dla ludzi biednych.
Najsławniejszem miejscem, gdzie skarby się znajdują, jest, jak mówiłem, Żabie jezioro za Mnichem. Jest tam zakątek, z którego rozchodzą się na wszystkie strony żyły złote jak promienie lub odnogi lub jako korzenie, (mówię słowami jednego spisku). Miejsce to pomiędzy skały zowie się cmentarzykiem.
Stoją tam słupy dwa: jeden szczerozłoty, drugi srebrny, tyli jako i złoty, bardzo wielki, ku niczemu nieporównany. Jest też tam słup, albo matka drogiego karbunkułu (=rubin, też granat); tam siedzi król Gregorius, a za nim jego Rada i książęta. Nie trzeba tam żadnego światła w tym cmentarzyku, albowiem królewska korona tak jasna, że wszystko oświeca. Tam będziesz miał drogiego kamienia dosyć, a Panu Bogu podziękuj, że ci dał takie rzeczy widzieć.
Są jeszcze i inne sławne miejsca, do których prowadzą spiski. Więc Zielony Staw Kieżmarski, gdzie woda sicze, jak przez końską podkowę. Także prawie całe Tatry Bielskie, a w nich Koszar Mały (półkole skałami otoczone). W jednem znów miejscu na Michałowem w Czarnym Lesie jest na skale wyobrażon podług opisu (miejsca tego dzisiaj odszukać nie można) król Bolesław, który goni jelenia ze dwoma psami, a ten jeleń ma krucyfix pomiędzy rogami; przy zadnich tego konia nogach słońce, miesiąc, i gwiazda. Jedną ręką król pokazuje ku krucyfixowi. Przy tym krucyfixie na ścienie, na lewy ręce jest tam dziura zaprawiona. Otwórz ją kilofem, wleź do niej, a chwal Boga.
Może to jakieś wspomnienie odległe o królu Bolesławie Szczodrym, co na łowach gonił w gościnie u króla Węgier, pozbawion korony polskiej.
Inny znów spisek tak powiada: z początku niektóre rzeczy (tj. przestrogi): przewodnikowi zapłaćcie, na coście go zmówili, a gdy przyjdziecie ku ostatnim znakom, zasie z nim nazad odejdźcie opodal, a jego precz odprawcie, to w ten dzień nie chodźcie, ale na drugi, nabrawszy ochotę z rozumem. Szałasów a ruśniaków się wystrzegajcie.
Dalej wiedzieć masz mój miły synu, przecz my to miejsce żabim jeziorkiem nazywamy. Przecz to, że są tam w jeziorku takowe żaby malutkie, białe jako i te to żaby na wszystek sposób, nogi, głowa, oczy jako inne żaby, — a gdy je rozbijesz, są jako ganki białe kwarcu, a to jest znamię wielkie od Pana Boga tego bogactwa, albowiem niema tam żadnych żywych żab, przez to, że się tam schować nie mogły przez wielką zimę...
...przez drugą przyczynę nazywamy to miejsce żabim jeziorkiem, że tam jest matka wszystkiego bogactwa i ganków złotych, srebrnych i drogiego kamienia.
Następuje dalej bardzo charakterystyczny pogląd: Pan Bóg ma owszem dwojakie banie, jedne dał panom, panować, w których wielkie nakłady i nasilne roboty, == Drugie Pan Bóg sobie zostawił najbogatsze, bo jest wszechmocny stworzyciel wszech rzeczy, jako się mu podoba, tak uczyni, które nam pobożnym ludziom chowa. Nie potrzeba tam mnogiego nakładu, ani pracy. W godzinę uczyni, a z ubogiego panem się stanie. Dalej wiedzieć masz, że panowie nad swemi baniami mają straże, aby im tam żaden bez ich woli nie mógł przyjść, albo czego nie pokradł — tak też Pan Bóg nad swojemi baniami ma straże, duchy przeczyste tak nazwane Zyron Sylphos, duchy dobre, które nie dadzą tam nikomu wejść bez woli boskiej, swawolne mu człowiekowi, marnemu o swej myśli, aby snadno nabrawszy, marnie utracił, a złość szerzył — nie chce tego Pan Bóg miły.
Oprócz spisków spisanych po polsku lub polsko-słowacku z mniejszym lub większym dodatkiem gwary miejscowej, posiadam również spiski niemieckie. Pochodzą one z miast spiskich zamieszkałych przez osadników niemieckich. Osadnictwo niemieckie jest tam bardzo dawne. Już w wieku XII przyszli pierwsi osadnicy niemieccy na Spiż pod Tatry, a większa ilość po Tatarach w wieku XIII. Zachowali się dotąd, choć z każdym rokiem topnieją. Może ich być dzisiaj do 80 tysięcy. Spiski niemieckie są zupełnie podobne do polskich i słowackich.
Przytoczę ustępy na przykład:
Frage nach den drei Spitzen am Ende des Schneegebirgs, wie du die erfragest, so merke nach dem gezeichneten Stein gegen drei Spitzen. Von den gezeichneten Stein ist unterhalb ein Stein wie ein Heuhaufen, such in ein schwarzen toben Wald auf der rechten Hand, als man gehet zu den drei Spitzen, da wirst du finden eine Wies, und auf der Wies ist Moos, wie ein Knie hoh, heb den Moos auf, so wirst du finden Steinen mancherlei Farben, gelb, roth. Bei den Steinen wirdst du finden Gold, als die Loorbeeren, Bohnenerbsen, auch kleiner...
Opis ten pochodzi z r. 1692. W innym znów znajdujemy taki ustęp:
Wenn du aus dem Wald komst, siehst du einen Szalas neben dem Steg, der selbige heisst unter dem Ablass, über den Urgarten... itd.
Ow Szalas unter dem Ablass, to szałas pod upłazem — dowodzi to, że spiski niemieckie są tłómaczone ze wzorów polskich. W jednym spisku niemieckim znajduje się narysowane wspaniałe koło magiczne do zaklinania duchów.
Zbierając wszystko, com dotąd przytoczył o owych spiskach — mogę krótko powiedzieć: w przeszłości począwszy conajmniej od w. XV. aż do końca XVIII w., istnieją dowody nieprzerwanego ciągu podań o skarbach ukrytych w Tatrach i o poszukiwaniach tych skarbów.
Jak zaś ta rzecz ma się dzisiaj?
Wprzód nim na to odpowiem, przytoczę jeszcze bardzo znamienne zdarzenie.
Było to w końcu przeszłego stulecia. W Wiedniu wychodziło czasopismo: Allergnädigst privilegirte Anzeigen aus sämmtlich-kaiserlich-königlichen Erbländern. — Były to czasy, w których umiejętności spoczywały w kolebce. Zaczęły się jednak już budzić. W owoczesnym stanie wiedzy bardzo zabawne poglądy można tam czytać. I tak dochodzenia, skąd się biorą skamieniałe ślimaki, skamieniałe gady, skamieniałe pieniądze, za które uważano numulity. Poważni uczeni wypowiadali poglądy, że to przyroda wszechpotężna takie sobie igraszki tworzy. Przyszła też kolej na Tatry. I są tam bardzo ciekawe opisy tych gór. W roczniku zaś piątym tego czasopisma w r. 1775 znajdujemy rozstrząsanie takiej kwestyi; czy jest prawdą, że cudzoziemcy przychodzą do krajów koronnych, a przedewszystkiem do Węgier na to, aby tajemnie nabrawszy złota i skarbów z gór i jaskiń, unieść ze sobą do ojczyzny? Tytuł niemiecki brzmi w dziale I Wissenschaften poddział Policey(!): Von den fremden Gold — und Schatzgräbern.
Untersuchung der Frage: ob es wirklich an dem sey, dass einige Fremdlinge und Ausländer, lediglich in der Absicht, ein und andere kais.-kön. Erbländer, und besonders Ungerland betreten und durchwandern, um heimliches Weise aus den Gebirgen und unterirdischen Höhlen, Gold und andere Schätze herauszuholen und mit sich in ihr Vaterland zu nehmen.
Najbardziej podejrzani byli pod tym względem Włosi, mianowicie domokrążcy, obchodzący kraje z małpami, niedźwiedziami, zabawkami, szkłami powiększającemi, barometrami itd. itd. Zwali ich w Tatrach i w okolicy po prostu czarnoksiężnikami. Ostatecznie autor rozważywszy wszystkie pozory i rzekome dowody, przychyla się do zdania, że jest to prostą bajką! Wiara w to jednak musiała być bardzo rozszerzona nie tylko między ludem prostym, lecz i wśród ludzie wykształconych, że aż istny traktat trzeba było pisać dla wykazania jej bezpodstawności, Równocześnie w Polsce zwrócono też uwagę na skarby w Tatrach.
I tak z początkiem r. 1766 powstała w Warszawie t. zw. komisya skarbowa, której sesyę król Stan. Aug. zagaiwszy, zaczął od różnych projektów, ściągających się do wprowadzenia w kraju narodowym i do kraju narodowego różnych manufaktur, pomnożenia handlów, szukania kruszców. Akta tej komisyi posiada Archiwum Muzeum XX. Czartoryskich. W nich znalazłem Raport IMCi Pana Konstantego Jabłonowskiego, wojsk koronnych pułkownika, Mennicy miedzianej J. król. Mości Inspektora z odbytej inspekcyi dyrekcyi gór srebrnego i miedzianego kruszcu w województwie krakowskiem, w starostwie nowotarskiem z daty 4 paźdź. 1767. Imci pan Jabłonowski pisze do komisyi skarbowej Jego król. Mości między innemi tak: Z relacyi tutejszych mieszkańców góry nowotarskie, osobliwie góra Małałąka zwana, mają być obfite w kruszce, o których wielu z poddanych starostwa nowotarskiego mają wiedzieć, lecz przez jakieś zaklęcie i spoprzysiężenie się, żaden przez te dwa lata oficyalistom nie przyznał się, chociaż ich różnie tentowali, jednak sami wywołują na siebie, że kryjomym sposobem za granicę kruszce wywożą i że karmelicie aptekarzowi z klasztoru krakowskiego S. Michała na sekret przysięgli. Gdyby najjaśn. Pan rozkazał przez edykt po wsiach i parafiach obwieścić naznaczając znaczną nagrodę chłopom, jakoto uwolnienie od poddaństwa ect. rozumiałbym, żeby tym powabem dali się pociągnąć do wyjawienia i inniby się zachęcili do szukania jakoto owczarze, którzy ustawnie po górach chodzą i przy źródłach znaki kruszców znajdują».
Tak było przed stu laty, a teraz?
Teraz tak samo, z tą tylko różnicą, że już wykształceni w naszem społeczeństwie nie wierzą, lud jednak święcie jest przekonany, że Tatry kryją w sobie skarby nieprzebrane. Dosyć przytoczyć, że komu tylko z zaufanych znajomych górali pokazałem rękopisy, owe spiski, o których mówię, mówił mi na to: wam już bieda nigdy nic nie zrobi, wy macie skarby. Dzisiaj jeszcze tak samo jak przed laty chodzą po Tatrach górale i obcy ze spiskami i skarbów szukają. Ma się rozumieć, że się z tem kryją nadzwyczajnie. Oprócz górali miejscowych przychodzą z nimi ludzie rozmaici z nizin, w Tatrach zwani lachami, którzy błądzą nieraz dłuższy czas, a już nie mając co jeść, wracają do domu. Zawsze oczywiście coś im przeszkodzi, że do celu dojść nie zdołają. Wędrówki te, ma się rozumieć, podsycają jeszcze wyobraźnię górali. Spiski jednak są już bardzo rzadkie.
Kiedyś po utworzeniu Galicyi za Józefa II, w Czerwonym klasztorze w Pieninach odkryła władza prostego górala, który podrabiał pieniądze, a podług podania miał je chować w beczce z powidłami. Winnego pochwycono, biurokracyi jednak austryackiej nie dawała spać myśl, skąd też taki prosty człowiek wziął się do fałszowania pieniędzy. Poszły berychty do kreisamtów, no i z górskich okręgów kraju nadeszły odpowiedzi, że przyczyny należy szukać w rozbujałej wyobraźni ludu górskiego o skarbach w Tatrach i że nawet istnieją osobne przewodniki do tych skarbów wiodące. Władza wydała tedy nakaz, aby spiski owe konfiskować. Podobno zebrano ich sporo. Miano je przewieźć do Ołomuńca na Morawę i tam złożyć w klasztorze, gdzie spoczywają związane razem poświęcanym łańcuchem, aby do nich czart nie miał przystępu, jak głosi dawne podanie, które mi udało się wydobyć od starego górala.
Coś na tem prawdy być musi. Może być, że spiski gdzieś złożono. Że nie w Ołomuńcu, wiem z pewnością, bo udawałem się tam do bibliotekarza w Hradisku, pod Ołomuńcem w klasztorze, zabranym przed rząd, w którym istnieje stara biblioteka — spisków tam jednak niema.
Moje rękopisy pochodzą przeważnie z podobnego źródła, oto były w posiadaniu lub przechowaniu u notaryuszów. Dostały się tam razem z testamentami, przekazywane jako rzecz nadzwyczajnej wartości dla następnych pokoleń i spadkobierców! Rys bardzo znamienny!
Doszedłem nawet do tego, że istnieje strój obrzędowy, używany przez «złotników» lub czarnoksiężników. Jest to suknia czerwona, powłóczysta, na głowie na kapeluszu obrazek M. B. Częstochowskiej na blasze. Pomaga też niemało różczka czyli prątek, zwany też z łacińska wirgułą. Są znów osobne przepisy jak ciąć prątki czyli różczki z leszczyny, jak ich używać, jakie przytem odmawiać modlitwy i zaklęcia. Skarbów strzegą duchy, których postawił sam Pan Bóg. Duchy te są dobre, nazywają je spiski wprost duchami, także pigmei, (więc karły) raz znów — Zyron Sylfos — w czem widać wpływ wierzeń kabalistycznych, tak dawniej rozszerzonych w Europie.
Prócz tego są też duchy złe, które przeszkadzają poszukiwaczom. I tak jeden spisek powiada: jak ku tej dziurze przyjdziesz, zaraz będzie na cię Podskarbi kamieniami ciskał. To samo robi też szatan, sacyn, czart, który kamieniami na ludzi pierze. Istnieje nawet miejsce jedno w Tatrach z uosobionym niejako szatanem, bo szczyt jeden zwie się tam Szatanem, a w tej okolicy na ludzi rzuca szatan kamieniami, gdy się w górę po skałach i piargach drapią. Jest tam również obok skała Djablowiną lub Piekielnikową nazwana. Oprócz szatana są jakieś istoty nieprzychylne, straszące, zwane ogólnie poczwarami. Jedno zaklęcie zwraca się do poczwar widomych i niewidomych, aby ustąpiły z drogi do skarbu.
Wiadomo, jak wielkie znaczenie miały dawniej dni szczęśliwe i nieszczęśliwe. Każda czynność wymagała tego szczęśliwego dnia, jak np. krwie puszczanie, jak Duńczewski w swoich sławnych kalendarzach wyraźnie zaznacza. Nic więc dziwnego, że tak ważna sprawa, jak dojście do skarbów, miała też swój kalendarz, a nawet godziny były szczęśliwe. Są też takie dodatki w pełniejszych spiskach przy końcu.
Wspominałem też o wierze dawniej powszechnej, że cudzoziemcy ściągają się do Tatr z daleka i unoszą stamtąd skarby. Tak samo dzisiaj w to lud wierzy święcie. Posiadam spisek z w. XVII pod nazwą: Trakt, którędy Włoszy idą in secreto w góry krakowskie zwane Tatry. Opowiadają też teraz górale tatrzańscy o corocznie przychodzących w te strony Czechach, Niemcach, Włochach, którzy obładowani skarbami wracają do ojczyzny. Największą sławą pod tym względem cieszą się Czesi.
Wyżej niż Pięciostawy leży jezioro Żabiniec (bajeczne). Tam co roku przychodzi siedmiu Czechów ścieżkami im tylko wiadomemi — dobywają złoto, mają nawet do tego piecyki, bo żużle po nich znajdowano nieraz — obładowani uchodzą do domu. Wierze w Czechów takich przypisuję też powstanie nazwy doliny Czeskiej i stawu Czeskiego w Tatrach. Ci Czesi, Niemcy czy Włosi muszą być czarnoksiężnikami, boby nie doszli inaczej do skarbów. Czarnoksiężnicy zaś odbywają osobną naukę do tej umiejętności. Mają szkoły, jest ich nawet dziewięć. Który przejdzie wszystkie dziewięć szkół, ma już nielada władę. Są to bardzo zazdrośni ludzie. Pomalowali oni farbkami kruszce po Tatrach, dlatego ich zwykły śmiertelnik daremno szuka.
Raz szli dwaj górale (dobrzy moi znajomi, eleganccy, pełni manier światowych przewodnicy), doliną Roztoki w górę. Naraz napotykają dwu ludzi cudacznych. Byli podobni do siebie bardzo. Długi, bardzo długi nos, broda rzadka, twarz brzydka, oczy przebiegłe, świdrujące. Na głowie wysoka, coraz węższa czapka. Suknie długie. W rękach prątki i pisma. Górale zdumieli się, zaczepić ich nie śmieli, czarnoksiężnicy też, bo oni to być musieli, poszli dalej w górę ku Siklawej Wodzie. Jak zniknęli w zaroślach, jeden góral spojrzał na drugiego: widziałeś ty Walek, czy mi się nie zwidziało, czy co to było? A widziałek! Ano, aby ich wyśledzić, ułożyli się tak, że pójdą bocznemi ścieżkami szybko aż do Siklawej Wody, gdzie między strugami, na jakie się Siklawa dzieli, sterczy skała jak wielka głowa, na której twarz, nos, oczy można rozpoznać, tam leży skarb niezmierny, zaklęty, i tam musieli dążyć cudzoziemcy. Górale szybko poszli w górę, doszli do Siklawy, nie zastali jednak obcych ludzi, zeszli się wraz i szli znów w dół doliną, nigdzie jednak czarnoksiężników już nie zastali. Minąć się w żaden żywy sposób nie mogli — to niepodobieństwo — nic innego, tylko czarnoksiężniki zniknęli czarnoksięskim sposobem, bo to oni potrafią, jak chcą. Zresztą zdarza się to nieraz. I tak niezbyt dawno, kilka lat temu, u Morskiego Oka w lecie w schronisku, zebrało się, ot jak zwyczajnie, kiedy pogoda, mnóstwo gości, a i górali było dużo, nawet ktoś muzykę góralską przywiódł ze sobą. Zrobiła się niepogoda, nie można było iść dalej, więc gędźba rżnie, a pląsy zawodzą. «Ponad bucki» idą naprzemian z drobnym, do którego złapali gdzieś górale fertyczną juhaskę — wieńczy zabawę klasyczny zbójnicki z ciupagami i tą swoją przepyszną melodyą marszu wojennego! Wtem górale przyprowadzają jakiegoś biedaka wynędzniałego, co w czas mgły, a była to taka mokra gęsta mgła, co wlecze się po ziemi i na kilka kroków mało co widać — błądził w kosodrzewinie nad brzegiem Morskiego Oka i mało że do wody nie wpadł. Oni tam rąbali kosówkę na watrę i przypadkiem go zoczyli. Nic nie gadał, widać był głodny porządnie. Ano nakarmili biedaka, podziękował ukłonem i odszedł. Wyszli za nim patrzeć, dokąd idzie, a on poszedł ku Morskiemu Oku, stanął u brzegu, nadeszła mgła, owionęła go i zniknął z nią — tak przynajmniej widzieli górale i to niejeden, wszyscy mogą na to przysięgać. Nic, tylko był czarnoksiężnik. Jadła sobie dość nie wziął, więc osłabł z głodu, ale gdy przyszedł do sił, umiał sobie już dać radę i z pomocą czarów uniósł się z chmurą.
Na Ornaku nad Kościeliskami, gdzie stare banie, a nawiasem mówiąc, kopali tam rzeczywiście złoto i srebro (choć było go bardzo mało), jeszcze za Zygmunta Starego — widzieli raz juhasi od szałasu, jak wysoko w źlebku szukali czegoś obcy ludzie. Zaczęli się im pilnie przyglądać i śledzili bacznie, co dalej poczną. Aż tu naraz przyszła mała chmurka skądsiś, choć pogoda była cudna do znaku, jak oko i ani chmurecki na niebie, zasłoniła cudzoziemców na chwilę. Niedługo pognał wiatr dalej chmurkę, odsłonił się źlebek, ale już ludzi tam nie było. Zabrała chmurka czarnoksiężników przed zawistnem okiem górali. Przykładów takich mógłbym przytoczyć bardzo wiele. Opowiadali mi o nich naoczni świadkowie, jakżeż im nie wierzyć? Czarnoksiężniki są, oni skarby z Tatr wynoszą i temu to przypisać należy, że miejscowi górale ich wyszukać nie mogą, przynajmniej może tylko dawniej im się to udawało. A czy się udawało?
Jest istotnie kilka zdarzeń, które mogły wiarę w skarby utwierdzić. Oto na południowych stokach Tatr, dawno temu, koło 200 lat wstecz było kilka wypadków, że ludzie znaleźli w ziemi złote przedmioty. Jak sądzić mogę z opisu, bo to zostało opisane wówczas — były to bronzowe wykopaliska, jakieś naramienniki poskręcane wężykowato, albo nawet i złote — znane są przecież skarby podobne, ot nie tak dawno wykopano złoty skarb przedhistoryczny u nas. Wówczas kupili to kupcy, jeden naramiennik miano posłać do Wiednia cesarzowi, który nadesłał zań nagrodę sowitą znalazcy. Pagórek cały lasem porosły, gdzie to znaleziono, zryli mieszkańcy z pobliskiej wsi, ale już więcej nic nie znaleźli.
Potem znowu już w samych Tatrach znaleziono nieraz zbójeckie pieniądze. Nie bardzo dawno, 15 lat temu, stwierdziłem sam, jak na przełęczy Goryczkowej wykopał juhas garczek z pieniądzmi.
Wiarę więc w skarby podsyciły te odosobnione zdarzenia. Choć teraz już nie zdarzają się podobne skarby — opowiadają jeszcze o nich dziadkowie, coś więc w tem tkwić musi. Czasy się zmieniły, świat wogóle stracił wiele uroku, ale to może przejściowe, to się zmieni, skarby tam spoczywają w Tatrach, jeżeli nie dzisiejsi, to ich następcy dojdą do nich.
Rozmaite znaki tajemnicze znajdują się w wielu miejscach w Tatrach. Krzyże, gwiazdy, litery, miesiąc, słońce itd., pozarastane mchem, zatarte od starości. Jakiś czas szukałem ich nadaremno. Dzisiaj już mam zdjęcie fotograficzne takiej ściany skalnej w jaskini, poza Czerwonym Wierchem, okrytej bardzo starymi znakami. W innych miejscach znajdują się znaki będące swastyką, która dotąd zachowała się u Podhalan. Czasami znów zaszedł taki zbieg okoliczności. Był granicznik, to jest wielki głaz osobny, jak nazywają górale wanta. Przy oznaczaniu granic posiadłości sąsiednich dziedzin lub obszarów na takiej wancie wyryto starannie głoski początkowe, nazwy wsi lub znaki pewne, że tutaj granica. Znaki zarosły mchem, zatarły się ze starości, zwietrzały, ludzie o nich zapomnieli, granice się pozmieniały. Ślad przecież jakiś pozostał. Co to być może? Ano ma się rozumieć, że znaki od skarbów! Dodano nowe znaki, aby zaznaczyć miejsce, wiadomo, jak trudno trafić w to samo miejsce w górach, gdzie skał, głazów tyle, a jeden do drugiego podobny. Granicznik niewinny stał się zaklętem miejscem. Pod nim skarb być musi. Zaprowadził mię do takiego kamienia jeden znajomy góral. Znaki były stare i dość dziwne. Odrysowałem je sobie nawet. Na głazie była rozpęklina zaznaczona przez całą długość kamienia. Otóż, mówił mój towarzysz, tylko wiedzieć, jak sobie począć, a wanta otworzyć się musi, a w środku niej skarb!
W innem znów miejscu jest żleb w skałach bardzo przykry. Zwyczajnie nieco tylko wody tam się sączy, ale po deszczach wali ogromny potok, niesie kamienie i drzewa z góry, zawala tem piętra, na jakie się żleb dzieli. Otoczenie żlebu jest nadzwyczaj dzikie. Dostęp tylko z góry, w dole przepaść. Słyszałem o tym żlebie, że tam są skarby. Wybrałem się więc raz, spuszczając się po ostrewkach w dół, gdzie ściana była zbyt stroma. Znalazłem tam też znaki stare: smrek, krzyże wyciosane w skale, zarośnięte mchem, obok świeższe znaki, widać bywali tu ludzie.
W jaskiniach, jakich dosyć kryją Tatry w sobie w skałach wapiennych, znajdują się też ślady, jak tam ludzie od dawna chodzili i czegoś szukali. Są znaki, napisy, niektóre już prawie zatarte, są ułatwienia do schodzenia, sękate smreki, po których można się spinać.
W jaskiniach nawet odciętych strumieniem wody od świata zewnętrznego, znaleziono ślady bytności ludzi, co było zagadką nie do rozwiązania. Jeden z podróżników pisząc o tem (dr. Jan Gwalbert Pawlikowski o Pisanej) dodaje, że nie chce robić przypuszczeń, tak rzecz jest dziwna! Tam gdzie jaskinia z początku bardzo wązka, rozszerza się, a środkiem podziemnej komnaty płynie wartki strumień, dno jego wyłożono płaskimi dylami. Widać nie dla igraszki to robiono. Czynił to nie kto inny, tylko poszukiwacz skarbów. Zagadka jest w ten sposób rozwiązana.
A teraz gdyśmy się przyjrzeli bliżej skarbom zaklętym i czarnoksiężnikom w Tatrach, zajmijmy się ich wyjaśnieniem. Skąd to wszystko się wzięło? Nasamprzód obieram drogę porównawczą. Są gdzieindziej góry, czy tam jest coś podobnego? Jest i było dawniej. W rozmaitych częściach Alp, dalej w górach: w Harcu, w górach Smreczanych == Fichtelgebirge, w Karkonoszach, są podobne podania. Tam znów zamiast naszych czarnoksiężników, cudzoziemców, Czechów, Niemców, Włochów, światowców, przychodzą Wenecyanie.
Venediger kopie skarby, zabierając je do Wenecyi. Tak samo ma rozmaite siły nieczyste do pomocy, ucieka w obłoku. Czasem przybiera na się postać biedaka, czasem karzełka. W Wenecyi jest bogaczem. Jeden nawet w podaniu z Harcu jest dożą weneckim.
W kraju przedarulańskim (Vorarlberg) byli sobie tacy Wenecyanie obojej płci: Mänchen und Weibchen, ganz kleine Leute, fromm und gescheit...
Auf den Halden am Hittisberge hat man sie manchmal klopfen und hämmern hören. Hier gruben sie Steine, die sahen aus wie Feuersteine, waren aber nichts geringeres als Golderz. Sobald es Winter wurde, gingen die Venediger fort, man wusste nicht wohin, und im Frühling kamen sie wieder zurück, man wusste nicht, woher.
Zuweilen gingen sie in einstöckige Häuser zur Abendunterhaltung, redeten aber nicht viel, ausgenommen, sie konnten den Leuten einen guten Rath geben; das thaten sie nähmlich gern. Wenn man aber stritt und zankte, so schrieen sie alle durcheinander: orla brennt, orla brennt! und liefen zum Haus hinaus, so schnell sie konnten. Oft, wenn ein Mann oder ein Weib des Weges ging, gesellte sich ein solches Männchen zu ihm, ging eine Strecke mit ihm und verschwand dann plötzlich... itd. itd.
W podaniu tem, jak widać, pomieszano Wenecyan z duchami dobrymi, co radzą dobrze i ludziom sprzyjają, z skrzatkami. W niemieckich i szwajcarskich podaniach Wenecyanie obdarowują nieraz tamtejszych górali.
W Karkonoszach także są skarby. W starej książce niemieckiej, wydanej w r. 1667 w Lipsku, znalazłem przewodnik do skarbów w Karkonoszach, spisany po niemiecku. Otrzymać go miał autor Joannes Praetorius od pewnego aptekarza w Jeleniej górze na Śląsku (w księstwie jaworskiem). Wiadomość tę podałem niedawno společnosti přatel starožitnosti českých w Pradze razem z wyjątkami ustępów niektórych. Tam chodzą tajemniczy Włosi, die Welschen i skarby unoszą.
In der Stunde, wann Saturnus regieret, haben alle Drachen, Teufels-Gespenst, Lindwurm und Zauberey ihre Ruhe und können keine Gewalt üben — wtedy najlepiej brać skarby.
Jest też rada taka po łacinie:

De Montibus Giganteis.

R. Gallinam nigram, vade in montem giganteum, corrumpe et jace a te & vade iter tuum & non venis de montibus sine donatione Spiritus.
W muzeum ołomunieckiem (ve vlasteneckém muzeu olomouckém) jest rękopis morawski o dobywaniu skarbów z pierwszej połowy 18. wieku bez tytułu. Dzisiaj już podobno Morawiacy nie wierzą w skarby zaklęte, jak pisze podający o tem wiadomość Houdek w Ceskym Lidzie 1892. Posiada też literatura czeska podobną rzecz drukowaną z r. 1733, tak rzadką, że tylko znaną z tytułu z historyi literatury czeskiej Jungmanna: Zaklinacz aneb bicz diabla z obwlasztnimi sprawami na zle duchy, kterziż se przi pokladech nachazeji itd.
Nasze więc skarby zaklęte i nasi czarnoksiężnicy mają rodzeństwo liczne w obcych stronach.
Widoczna rzecz aż nadto, że podstawa tu i tam jest wspólna, a leży w magii, w zaklinaniu, w wierze w czary, rozszerzonej u wszystkich ludów Europy, której początkiem daleki wschód i zamierzchła przeszłość. Już pismem klinowem u Chaldejczyków spisane są podobne wierzenia, czary, zaklęcia. Czy jednak nasze skarby zaklęte, nasz świat tajemniczy posiada jakieś piętno odrębne? oczywiście poza lokalizacyą wierzeń, że skarby są w Tatrach u Żabiego jeziorka, a w Alpach w Garselleneck lub Sateins??
Zdaje mi się, że tak!
Znaną aż nadto dobrze jest powieść o Fauście i naszym mistrzu Janie Twardowskim.
Osią tam jest związek ze złym duchem. Mistrz oddaje duszę dyabłu za rozkosze ziemskie, za dostatki, za bogactwo. Pisze cyrograf krwią z serdecznego palca, niech się dzieje potem co chce po śmierci — on użyje żywota!
Tak robi Faust, tak Twardowski, który jest tym samym niemieckich mistrzem, tylko z polskiem nazwiskiem.
To typ germański.
A jak czyni nasz lud? Lud słowiański nie wchodzi w żadne stosunki z duchem złym, nie zapisuje duszy dyabłu, modli się do Boga, wierzy weń święcie, on mu pomoże, on da bogactwa, bo on wszechmocny, a lud biedny, Bóg go ochroni od złości szatańskiej, on go ustrzeże od duchów złych, za jego przyczyną stanie się bogatym, ale o biednych nie zapomni, im da i Boga chwalić będzie i o duszy tego, co spisał rady, jak dojść do skarbów, nie zapomni. Lud nasz nawet szukając skarbów zaklętych sposobem nadprzyrodzonym, nie schodzi z drogi religijnej. On wierzy w moc Boga, on wyznawca religii dobrego boga — kiedy Germanin czci szatana, boga złego.
Na tem kończę.
Dałoby się jeszcze dużo powiedzieć o poruszonym temacie, sądzę jednak, że to wystarczy do nabrania dosyć dobrego pojęcia o rzeczy.

∗             ∗

Rękopisy czyli owe spiski prowadzące do skarbów w Tatrach pochodzą z różnych czasów. Wspominałem o jednym, pisanym językiem mieszanym polsko-słowackim, ten się zaczyna datą 1507, a chociaż posiadam go w odpisie późniejszym, nie mam powodu, aby wątpić w jego wiarogodność.
Inny rękopis nazwany: Trakt, którędy Włoszy idą in sekreto w Góry Krakowskie, nazwane Tatry, należał do króla Stanisława Leszczyńskiego i razem z innymi rękopisami z Lunewilu dostał się do biblioteki Zakładu narodowego Ossolińskich. Król Leszczyński, jak wiadomo, oddawał się alchemii, a rękopis musiał ktoś dla niego zdobyć w Tatrach, z czego król dał zrobić odpis. Niektóre bowiem wyrazy są poprzekręcane, widocznie odpisywacz ich nie rozumiał. Kilka innych rękopisów przechowali notaryusze razem z testamentami górali, tak były cenione i aż potomkom przekazywane.
W ostatnich czasach wyszedł na jaw jeszcze starszy rękopis podobny, oto współczesny królowi Władysławowi Warneńczykowi, a nawet będący jego własnością i dla niego umyślnie napisany.
Dowiedziałem się o tem przypadkowo. Raz opowiadałem prof. Maryanowi Sokołowskiemu o rękopisach prowadzących do skarbów i o ich dawności. Na to prof. Sokołowski, uderzony podobieństwem szczegółów, opisuje mi rękopis, który dotąd uchodził za modlitewnik króla Władysława Warneńczyka, a który jest takim samym spiskiem, jak rękopisy góralskie, tylko ułożonym po łacinie.
Księgę zdobią miniatury bardzo piękne, na których król klęczy i modli się do kryształu kabalistycznego, kształtu trójliścia. Są tam zaklęcia, aby Bóg pozwolił młodemu królowi zobaczyć to w krysztale, co go najwięcej obchodzi. A więc znowu to samo co we wszystkich spiskach. Księga ta Warneńczyka znajduje się w Bibliotece Bodleańskiej w Oksfordzie, — prof. Sokołowski zajmuje się właśnie opracowaniem jej wydania razem z podobiznami nadzwyczaj ciekawych miniatur.
Jak widzimy, dowody o dawności rękopisów prowadzących do skarbów mnożą się — to, co powiedziałem poprzednio wzmacnia nowy rękopis, którego powstanie może przypadać na czas po koronacyi Władysława Warneńczyka, około roku 1435 — 1436. Miniatury prawdopodobnie malowano w Krakowie, król na nich jest starannie portretowany.

∗             ∗

Na zakończenie podaję podobiznę koła czarodziejskiego do zaklęcia duchów z jednego rękopisu tatrzańskiego, pochodzącego, jak się zdaje, z wieku XVII, oraz spis dni nadających się do szukania skarbów.

Dni, w które złe duchy od skarbów odstępują
i wolnemi je czynią.


Dzień Św. Trzech króli, od północy do północy, tj. od godziny do godziny.
Dzień Gromniczny N. P. Maryi cały.
Dzień Zwiastowania N. P. Maryi cały.
Dzień Wielkopiątkowy cały.
Tydzień Wielkanocny cały.
Dzień w wigilią Wniebowstąpienia pańskiego cały.
Dni trzy Zielonych Świątek całe.
Dzień Św. Trójcy cały.
W Boże Ciało przez całą oktawę.
W wigilią Sw. Jana Chrzciciela przez całą oktawę.
Dzień Nawiedzenia N. P. M. od północy do północy.
Dzień Św. Krzysztofora cały.
Dzień Św. Jakóba cały.
Dni trzy Wniebowzięcia P. M. całe.
Dzień Różańcowy N. P. M. cały.
Dzień Wszystkich Świętych cały.
Dzień Przemienienia Pańskiego cały.
Dzień Niepokalanego Poczęcia P. M. cały.
Dzień i wigilia Narodzenia P. Jezusa cały.

Wybrane dni, w które się skarby szukać, brać i kopać dadzą.

W styczniu 1, 2, 3, 4, 5, 15, 16.
W lutym 1, 2, 3.
W marcu 1, 2, 3.
W maju 15, 17.
W jesieni 4, 15, 16, 22.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Eljasz-Radzikowski.