Strona:Świętopełk Czech - Jastrząb contra Hordliczka.djvu/69

Ta strona została przepisana.

duszy niejasne obrazy rozkoszy, których sobie będzie mógł pozwolić za nie.
A potem przyszła kolej na drugą połowę metody, której domon używa. Kupa topniała, topniała w oczach, Hordliczka napróżno spoglądał pożądliwem okiem na niknący kruszec, zanim się spostrzegł, była przekroczona fatalna granica: musiał sięgnąć do własnego pugilaresu. A w nim niebyło nic zbytecznego! Status quo musiał się wrócić, tak czy owak! Precz poszły niejasne obrazy rozkoszy, jakie sobie obiecywał, a miejsce ich zajęły niewyraźne, ale straszne obrazy wyrzutów żony i córek, skargi pana Jastrzębia i hańby.
Znajdował się już zupełnie w pętach demona. Gra jego była gorączkowa, szalona: twarz jego pokryła śmiertelna bladość, wargi się trzęsły, oczy błyszczały gorączkowo, a po zoranem czole spływały krople potu. Przytem zdawało mu się, że panuje również gorączkowy ruch koło niego; zdawało mu się, że palce współgraczów biegają, migocą się, jak palce muzykantów na kościelnym chórze przy najszybszym ruchu batuty, że karty, szeleszcząc, latają tu i tam nad stołem, że białe, wirujące, zamglone szklane kule latają naokoło lampy w szalonym wirze.
A jak zręczny szermierz niedoświadczonego przeciwnika swego rozpłomienia, rzekomo ustępując, do nierozważnego kroku, a sam z zimną krwią wystawia się na nieszkodliwy cios, aby mu tem łatwiej było dosięgnąć go śmiercionośnem żelazem, tak uży-