Strona:Świętopełk Czech - Jastrząb contra Hordliczka.djvu/92

Ta strona została przepisana.

— Co, dłużnik pański ma córki? — zapytał inny pisarz, cieszący się wśród kolegów reputacyą Don Juana.
— I jakie córki! Dwie, jedna piękniejsza, niż druga...
— To pójdę do nich na egzekucyę! — zawołał pisarz.
— Dziwny początek znajomości! Mnie jego emerytura milszą jest, niż obie córki razem. Jest to emerytura dotąd zachowana jak panienka. Zarumienił się ze wstydu, kiedym tylko napomknął o jej zastawieniu. Dnie jej panieństwa są teraz naturalnie policzone.
Łatwo dający się rozśmieszyć personel wybuchnął śmiechem, ale śmiech ten umilkł odrazu, jakby uciął, gdy otworzyły się drzwi gabinetu. Pan Jastrząb zastąpił pierwszą „stronę”, odchodzącą z większym jeszcze smutkiem, niż przy wejściu.
Po chwili wyszedł także pan Jastrząb, a dr. Zamotal poklepał go jeszcze we drzwiach po ramieniu z zapewnieniem:
— Nie bój się pan, wszystko pójdzie gładko!
I jeszcze tego dnia założył stary registrator nowy subfascykul z napisem: „Jastrząb contra Hordliczka.”
Po jakimś czasie przedstawił się pan Hordliczka osobiście w kancelaryi.
Od swojej pierwszej wizyty u pana Jastrzębia zmienił się bardzo. Zginęło gdzieś dostojne trzymanie głowy, broda chyliła się smutnie między rogi