Strona:Świat pani Malinowskiej (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/173

Ta strona została uwierzytelniona.

— Co pan robi pojutrze wieczorem? — zapytała patrząc wciąż przed siebie.
— Ja?
— Czy ma pan wolny czas o piątej?
Ależ naturalnie jestem do dyspozycji.
— Więc niech pan przyjdzie do mnie.
— Z najwyższą przyjemnością. A... czy to będzie większe przyjęcie?
— Nie.
— Rozumiem: kilka osób.
— Źle pan rozumie. Dwie osoby. Ja i pan.
Spojrzał na nią. Spoglądała obojętnie przez okno. Przez głowę przebiegały mu najniedorzeczniejsze myśli: Lola chce mu coś powiedzieć ważnego o Bognie... A może zakochała się w nim?... Nonsens!... Więc co?... Prawdopodobnie interes. Chodzi o protekcję dla kogoś z jej znajomych, który stara się o pożyczkę w Funduszu Budowlanym...
— Zaintrygowała mnie pani — zaśmiał się.
— Aż zaintrygowałam?
— Doprawdy.
— Uśmiechnęła się ironicznie:
— W takim razie zawiodłam się na panu.
— Dlaczego pani zawiodła się? — z lekka się przestraszył.
— Sądziłam, że pan jest bardziej pewny siebie.
— Że jestem zarozumiały?...
Skinęła głową:
— Nawet bezczelny.
— Oho...
— Mężczyźni w pańskim typie bywają bezczelni —