Strona:Świat pani Malinowskiej (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/288

Ta strona została uwierzytelniona.

czającego ramy zwykłej sympatii i przyjaźni?... Zresztą cóż mogli odczuwać, skoro nic ich nie łączy i nie łączyło. Po prostu gdzieś na dnie psychiki człowieka leży jakiś instynkt rajfurski, swatowski: łączyć, kojarzyć, układać pary. A może wprost rzucało się ludziom w oczy, że ona i on są dla siebie przeznaczeni?...
Sam Stefan chwilami ulegał temu przeświadczeniu, którego sugestia była raz tak silna, że postanowił rzucić się na oślep w to, co uważał za swój los: pójść i prosić ją, by została jego żoną. Pamiętał każdą sekundę z tej nocy uporczywych rozmyślań i z tego dnia.
Bogna wówczas pracowała jeszcze w Zjednoczeniu Ziemianek. Prowadziła sklep z nabiałem przy ulicy Żelaznej. Było to okropne. W białym kitlu z rękami zaczerwienionymi od zimna, musiała od piątej rano wysiadywać w sklepie aż do wieczora. W sklepie zatłoczonym kucharkami, pełnym gwaru i brzęku blaszanek, w powietrzu przesiąkniętym nieustannym odorem masła. Po siódmej przechodziła do mieszkania za sklepem, karmiła dziecko, sprzątała, cerowała, szyła, a ten kretyn siedział z bezmyślną miną i układał pasjanse.
— Tak, to nie była miłość — przekonywał siebie Borowicz — tylko współczucie. Warunki, w których żyła, wyegzaltowały we mnie to współczucie.
Dzisiaj, kiedy już spokojniej patrzał na to, co było przed rokiem, mógł trzeźwo ocenić całą absurdalność ówczesnego postanowienia. Chciała wyrwać ją z tych strasznych warunków, a cóż mógłby dać jej w zamian?... Swoją głodową pensyjkę?...
Zdawało się mu wtedy, że cofając się popełnia podłość.