Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/271

Ta strona została przepisana.

glądem. Eva zaśmiewała się. patrząc na rozpaczliwe wyczyny nieszczęsnego wojaka na czele podstarzałych, ociężałych landsturmistów, niezbyt podobnych do prawdziwych żołnierzy, którzy walczyli ongiś w strasznym lesie Argońskim w sierpniu roku 1914-ego. Niektóre epizody bojowe zakrawały na farsę, oficerowie bataljonu, zarówno Francuzi jak Niemcy, ubawiwszy się dowoli, zgłosili pewnego dnia solidarny protest przeciwko interpretowaniu roli dowodzącego kapitana. Obrazy walki ponawiano i przerabiano bez końca, nieszczęsny Butzke miotał się jak obłąkany...
Van Trothen zjawiał się od czasu do czasu na zdjęciach, przywożony samochodem przez wiernego Abbegglena, który zapewniał Evę, że „kochany szef“ ma się coraz lepiej, manja samooskarżenia minęła zda się bezpowrotnie, przynajmniej chory zapomniał o niej, przez jakiś czas trzeba go nadal pilnować w dzień i w nocy dopóki nie zabezpieczy się sporej ilość ludzi, narażonych na wsypę, i dopóki cała machina i sieć centrali nie ulegnie radykalnemu przeobrażeniu, gdyż tego rodzaju manjacy są mistrzami w oszukiwaniu bliźnich swoich i lubią czasami przycupnąć, właśnie przed najgorszym wybuchem. Zresztą wszystko jest na dobrej drodze.
Jakby dla zaprzeczenia tej pomyślnej diagnozie van Trothen po chwili miłej rozmowy z Evą zwrócił się wprost do starego generała francuskiego, odpoczywającego właśnie po dramatycznem zdjęciu, w którem po rozpaczliwej obronie dostał się do nie-