Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/52

Ta strona została przepisana.

kroków wielkiej gromady. Czuła za szybami rozfalowaną masę ludzką, tłum poruszony. Co za ludzie, dokąd idą? Czego oni od niej chcą?
Zerwała się, stanęła w oknie. W dole nadbrzeżną aleją kasztanów całą szerokością chodników i jezdni walił tłum. Nad tłumem rozwinięte sztandary. Poznała — to robotnicy z zakładów chemicznych „Badische“ — czyż znowu był strajk?
Ktoś zastukał do drzwi. Podbiegła, otworzyła w przykrej obawie, że to znowu dr. Helm... Zresztą, dobrze, że nareszcie przyszedł, on jej nigdy nie przeszkadza.
To był ojciec. Stary profesor Wager jakby się odmienił, w obliczu jego zastygło jakieś zakłopotane rozradowanie. Jakby dawna posępna maska chciała z niego spaść, a trzymała się jeszcze. Jednak po twarzy przebiegało coś jak tchnienie młodości.
— Zajrzałem do ciebie, bo ty nawet nie wiesz...
Z ulicy uderzył raptem dziki wrzask tłumu, aż szyby brzękły, zerwał się jeszcze raz i zamarł w rozproszonych pojedynczych wołaniach.
— Hoch Kaiser!...
— Hoch Hindenburg!...
— Hoch die pariser Kanone!...
Nikła trąbka zagrała pobudkę chrapiąco — fałszywie.
— Co się stało? Czemu oni tak strasznie krzyczą?