Strona:A. Kuprin - Straszna chwila.djvu/130

Ta strona została przepisana.

szczę pana bezwarunkowo. Nawet żadnej dorożki pan teraz nie znajdzie.
Rżewski zwrócił spojrzenie w stronę pani Barbary. Widziała, że prosi ją oczyma, a jednocześnie wyraża gotowość zastosowania się do jej życzenia. Odwróciła się szybko i wyszła na taras. Stanąwszy jednak w tej ciszy, wśród cichych bezszelestnych, milczących drzew, które jakby zastygły w jakiemś ciężkiem strapieniu w ciszy ciemnego wieczoru, żal jej się zrobiło Rżewiskiego. Wróciła do pokoju.
— Za małe półgodziny rozszaleje się straszna burza — rzekła sucho, unikając wzroku Rżewskiego. — Musi pan zostać.
Rżewski, milcząc, skłonił się i położył kapelusz. Pani Barbara nie chciała ani chwili z nim dłużej pozostać. Pójdzie do siebie, położy się, uspokoi i poszuka zapomnienia we śnie.
— Nie będziesz jadła kolacji? — zapytał mąż, gdy podeszłą do niego, aby jak zwykle pocałować go w czoło na dobranoc.
— Nie — odrzekła krótko. — Zmęczyłam się.
Całując męża, zauważyła chyba po raz pierwszy jego wielką łysinę, upstrzoną drobnemi cienkiemi żyłkami, zauważała głębokie zmarszczki na twarzy i zwiędłe żółte policzki.
— Patrzyłam na niego dotychczas jak na ojca — pomyślała ze smutkiem.
Znalazłszy się w swym małym pokoiku o jasnych