Strona:A. Kuprin - Szał namiętności.djvu/148

Ta strona została przepisana.
II.

Kiedy następnego lata przyjechałem na wieś i przy pomocy Hanusi urządzałem swój pokój, Hanusia, między innemi a nader licznemi nowościami, oznajmiła mi, że naprzeciwko ich chaty, u Komaryckich, wynajęli pokój „jakichciś dwoje lokatorów“, mąż i żona.
— Osipówna mówi, że oni już dziesięć lat temu, jak się pożenili. On nie bardzo piękny, a ona taka śliczna, taka śliczna, jak zorzeńka jasna... Ot, sam pan zobaczy. Mówi Osipówna, że ten pan jest tam gdzieś w mieście za nauczyciela. Codziennie koleją żelazną jeździ do miasta.
W dwie godziny potem, wyjrzawszy przez okno, zobaczyłem moją sąsiadkę. Malutki o czterech oknach domek, wesoło wychylający się białymi ścianami z gęstej zieleni wiśni, śliw, jabłoni i grusz, był naprzeciwko naszego. Siedziała ona przy otwartem, nawpółzawieszonem lekkiemi tiulowemi firaneczkami oknie, w białej bluzce, z gipiurowemi wstawkami na rękawach i piersi, i, oparłszy się na desce okiennej, czytała książkę. Miała ona jedną z tych delikatnych, prostych twarzy, obok których przechodzisz z początku obojętnie, lecz wpatrzywszy się uważniej i zrozumiawszy je, mimowoli zostajesz oczarowany właściwym im połączonym wyrazem pieszczoty, marzycielstwa i, być może, utajonej namiętności. Wszystkich detali jej twarzy z oddali i po raz pierwszy, rozumie się nie mo-