Strona:A. Lange - Zbrodnia.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.


zawsze zbyt powoli. Kilka osób było w moim przedziale; jegomość szpakowaty o szerokich ustach murzyńskich i dwie damy, starsza i młodsza w wielkim czerwonym kapeluszu, a która figlarnie uśmiechała się do mnie, w czasie, gdy jej towarzyszka, uśpiona, kiwała się na prawo i na lewo. Nie miałem ochoty do rozmowy i całą drogę ważyłem znaczenie telegramu. Nareszcie usłyszałem okrzyk:
— Glinicze! jedna minuta!
Wyskoczyłem z wagonu. Sam jeden się tu zatrzymałem. Pociąg po chwili ruszył z gwałtownym świstem, wyrzucając ogromne kłęby pary.
Znalazłem się naraz jakby w próżni. Noc była pochmurna, czarna, bez gwiazd i bez księżyca.
Glinicze — jestto mała stacyjka, właściwie przystanek.
Kilka naftowych latarek licho oświetlało budynki.
Wszedłem do sali, będącej naraz bufetem, kasą i składem bagaży.
Już w chwili, gdym stanął na platformie, uderzył mię odgłos śpiewu na sali. Istotnie tłoczyło się tu kilkanaście osób; byli to robotnicy fabryczni i kolejowi, wieśniacy okoliczni, żydzi