Strona:A. Lange - Zbrodnia.djvu/29

Ta strona została uwierzytelniona.


Tragiedje rzeczywiste płyną w głuchem milczeniu, niewidoczne oku. Same sobie kłamią: udają ciszę i spokój. Oczekiwaliśmy rzekomo codziennie napadu bandytów „braci Sachalińskich“, jak ich nazywano w okolicy, oraz zjawienia się bezimiennego mściciela, który groził Michałowi śmiercią. Z drugiej strony śledziłem, jak najgorliwszy wywiadowca wszystkie krzywizny i kwasy stosunku między Julją a jej mężem. Wyznaję, żem się tu dusił moralnie; rezultaty mego śledztwa były okropne, a że błazeństwo wszędzie się w życiu splata z tragiedją, musiałem korzystać z bielizny i ubrania Michała, oczekując na swoje rzeczy, które kazałem sobie przysłać pocztą. Tymczasem na naszej linji kolejowej wybuchnął strejk, i bagaż mój nie nadchodził.
Wieczorami, o ile nie udawaliśmy się na „stójkę“, jak to nazywał Paweł, najspokojniej — niby dwaj przyjaciele — grywaliśmy w warcaby, w domino, w rumel-pikietę — nieraz do piątej rano, aby zawsze być w pogotowiu. Okres strejku kolejowego był momentem ciszy grobowej, w której przerażenie ogólne mieszkańców Kaolina przeszło w jakiś stan półhisteryczny. Zdawało się po prostu, że już wszyscy chcieliby doczekać się ostatecznie tego napadu ban-