Strona:A. Lange - Zbrodnia.djvu/30

Ta strona została uwierzytelniona.


dytów, aby się nareszcie pozbyć męczącej niepewności. Nie mieli istotnie bracia Sachalińscy i brat Zemsta lepszego momentu. Strażnik kaoliński już nietylko całe noce, ale i całe dnie — po 24 godziny na dobę — przesypiał. Wojsko nie mogłoby żadną miarą przybyć na czas z pomocą.
Niewątpliwie dziś — jutro napadną. Ale nie damy się; zginiemy śmiercią bohaterską.
We dnie wstawałem późno — koło południa — bawiłem się z dziećmi albo rozmawiałem z Julją, która w rzeczach swego pożycia małżeńskiego była nader dyskretną i mało się wywnętrzała pod tym względem: czasem tylko jakieś mimowolne czyniła wyznania. Każdy taki nieświadomy jęk tej ukrzyżowanej duszy był dla mnie okropńością niemniejśzą, niźli ta cała burza rewolucyjna, hucząca dokoła cichej osady kaolińskiej.
Wieczorami wpadałem czasem do Millera, a poznałem się też z innymi urzędnikami fabryki i kantoru. Było ich osiem osób, doliczywszy zaś do tego Czerwieńca i mnie dalej Pawła furmana, Józwę — posłańca i trzech stróżów fabrycznych: armja kaolińska liczyła razem piętnaście dubeltówek. W danym razie do pomocy mogli być częściowo robotnicy, utrzymujący ogień w