Strona:A. Lange - Zbrodnia.djvu/54

Ta strona została uwierzytelniona.


Jakże więc jeszcze miał się modlić do niego, aby Wincenty „zawsze przy nim stał“.
Nie można powiedzieć, aby Heniuś bezwzględnie go się lękał. Zauważył niewątpliwie, że na dwanaście zjawień tego strasznego widziadła, raz ledwie zdarza się realne odczucie efektów jego zjawień. Podejrzewam go, że zlekka począł lekceważyć mistyczną potęgę, ukrytą w postaci Wincentego, i kilka razy, przy mniejszych psotach, gdy matka go burczała, ironicznie mówił:
— Wincentego zawołać!
Wogóle Heniuś ma w sobie duszę ironisty i „buntowszczyka“, Sam siebie nazywa teraz „socjal-demokratą“ albo „esdekiem“, a parę razy czupurnie się postawił wobec matki. Powiedział jej urągliwie, że jest „inteligentna“ i że do żadnej partji nie należy“.
Muszę wytłumaczyć, jak Heniuś doszedł do takich wniosków. Heniuś ma wyborną pamięć; uderzają go zwłaszcza długie i niezrozumiałe wyrazy cudzoziemskie, jak np. metafizyka, hematogen, socjaldemokrata, menażerja, kinematograf, inteligientna i t. d. „Metafizyki“ nauczył się od brata mojej żony, Karola, profesora, który o wszelkich rzeczach oderwanych powikłanych i niejasnych miał zwyczaj mówić: