Strona:A. Lange - Zbrodnia.djvu/77

Ta strona została uwierzytelniona.


na ścianie jakiego domu — z uwagą niewzruszoną wczytywał się w jej stronice. Zimą i latem nosił na sobie długą pelerynę, koloru marengo, z kapturem, co mu głowę szczelnie okrywał tak, iż tylko część twarzy była widoczną. W pasie przewiązywał się sznurem, a wychudła twarz przy szpakowatej brodzie i ognistem oku — nadawała mu minę niby średniowiecznego mnicha-ascety, zabłąkanego przypadkiem w XX stulecie. Okazało się, że Iwonicz go zna i nawet raz, gdyśmy zalewali jego smutne dzieje zerwania z narzeczoną — mówił o nim bardzo tkliwie i zapewniał, że ma temu człowiekowi dużo do zawdzięczenia; że on mu odkrył oczy na prawdę, choć była to prawda bardzo gorzka.
— A ty, — zapytałem Latour-Latura — czy masz mu co do zawdzięczenia?
— Kto wie! Uratował mnie od czeluści piekielnych! a może nawet od bardzo ziemskich przymiotów! W każdym razie palnął mi raz takie kazanie, że poprostu nawrócił mnie na drogę cnoty...
— A toż to misjonarz jakiś w tak skromnej postaci ukryty...
— Być może. Trochę marzyciel, trochę apostoł, a trochę bzik... Człowiek godny uwa-