Strona:Aleksander Szczęsny - Pieśń białego domu.djvu/38

Ta strona została przepisana.


mówi szewc i wychodzi na próg swojego mieszkania. Ale szewc się myli, zapach drzew nie dostał by się tak głęboko między mury, ktoś inny poczułby tylko brzydką woń skór, jaka się unosi przez okno z jego warsztatu. To skrzypce teraz właśnie mówią o drzewach, opowiadają o wielkich topolach, z któremi mocuje się wiatr, o małych kwitnących drzewach wiśniowych i o pachnących trawach, na których chwieją się motyle ze stulonemi trwożnie skrzydełkami. — Pójdę kiedy i podziękuję mu — myśli sobie szewc, stojąc na progu. Coprawda gra on nie dla nas, bo któżby dla nas grał, ale raźnie pracować przy takiej muzyce, — poczem wzdycha, siadając znowu na okrągłym zydlu i poprawiając sobie kulę z wodą przed świeczką.
A muzyka w górze trwa jeszcze długo. Wysoko w małym pokoiku gra na skrzypcach chłopiec. Wiele czasu upłynęło od tej chwili, kiedy był w białym domu na wiosnę. Teraz to już dorosły chłopiec. Ale czegóż on nie przeżył, nim tak wyrósł?
Chłopiec przestaje wreszcie grać, siada i myśli. I przypomina mu się wszystko od czasu tamtej jego pierwszej wiosny, tak, jakby mu to opowiadał ktoś dobrze znajomy. Głos opowiadania płynie, dzwięczy niby melodja, więc chłopiec znów powraca do skrzypiec. Policzki mu płoną, palce jakby się zrosły z instrumentem, a posłuszne struny wiernie pomagają jego pamięci.
— Kiedy byłem małym — śpiewają znowu skrzypce — patrzyłem na ziemię i ludzi jak na piękny obraz, ale nie miałem nikogo, ktoby mi go wytłomaczył. Chłopcy wiejscy łowili ptaki w sidła, ludzie ścinali drzewa i deptali kwiaty, woźnice bili konie, a raz widziałem, jak prowadzono człowieka do więzienia. Nie biegłem wtedy za nim z innemi, aby ciskać kamieniami, nie bawiłem się złapanemi ptakami, ani nie męczyłem młodych kociąt. Zdawało mi się, że to robi szkodę pięknemu obrazowi, na który patrzyłem, tylkom nie wiedział dlaczego i nikt mi tego nie wytłomaczył. A kiedy