Strona:Aleksander Szczęsny - Pieśń białego domu.djvu/48

Ta strona została przepisana.


nie przewidzieli ani jednego dnia swego; są też tacy, co nigdy tego nie próbowali, albo tacy, co zawsze trafiając szczęśliwie nie mogą znieść jednego, jedynego dnia, który ich zawiódł.
Prócz tych dni ludzkich są wielkie dnie, przychodzące już nie dla pojedynczych istot, ale dla całych narodów. Te nazywamy tylko dniami, bo często jeden z nich przerasta całe życie człowieka, ale pozatem podobne są one zupełnie do młodszych swoich braci. Aż wreszcie przychodzimy do tego miejsca w myśleniu, kiedy można sobie wyobrazić z kolei — dnie ziemi. I ona ma swoje ciężkie, poważne, ogromne dnie, które nad nią przechodzą podczas jej obracania się naokoło słońca... Tak oto powróciliśmy do miejsca znanego z każdej gieografji.
A teraz powróćmy do białego domu.
Zmieniło się w nim wiele od czasu, kiedyśmy go ostatnio opuścili. W salonie niema już starego zrzędy fortepianu. Zniszczony ostatecznie przez czas i mole, pojechał prostą chłopską furką do miasta, gdzie go oddano do ubogiej ochronki. Tam pewno w szkolne dnie otaczają go wokoło dzieci, śpiewając łatwe piosenki, którym wtóruje na zżółkłych klawiszach stara ochroniarka. W kącie salonu białego domu lśni teraz nowiutkie pianino, a obok na eleganckiej półeczce leży sporo nut. To są wszystko nuty doradzone dziewczynce przez nauczycielkę z pensji. Bo dziewczynka to już teraz dorosła panna, która umie dobrze grać i zręcznie rozmówić się z gośćmi gdy przyjadą. Ani Burek, ani lalki, ani wróble z podwórza nie są już jej przyjaciółmi. Goście zato przyjeżdżają często. Okna salonu są do późna oświetlone, na rzece pod ogrodem stoi u brzegu pięknie malowana łódka, a klomb pod oknem dziewczynki ozdobiony jest w lecie jej literami, ułożonemi z mdłych, posłusznych roślinek. Odwiedziny gości nie ustają i podczas zimy. Wtedy zdaleka jeszcze słychać, kiedy nadjeżdżają, bo głos dzwonków od sanek rozlega się naokoło.
Sanki zajeżdżają pędem przed dom, konie potrząsają