Strona:Aleksander Szczęsny - Pieśń białego domu.djvu/50

Ta strona została przepisana.


wiatr zimowy huczał za oknem i zalepiał je miękkim śniegiem tak, że czarna noc tylko górnemi brzegami szyb zaglądała do pokoju. Wtedy straszyło ją wszystko, co było w pokoju. Mała nocna lampka, paląca się ciągle na stoliku między flaszkami pełnemi lekarstw, raziła ją w oczy i bolała w głowie. Wiatr zimowy huczał jak dzwony albo wył jak wilki tuż za oknem. Wtedy zrywała się biedna stara matka na łóżku, zasłaniała oczy rękoma i trzęsła się cała, choć była rozpalona od gorączki. Przy łóżku zjawiali się zaraz ojciec i dziewczynka, aby chora nie czuła się w takiej chwili samą. Pielęgniarka poprawiała tymczasem pościel i przykładała matce zimny okład na głowę i powoli znów się robiło cicho w pokoju, tylko chora długo jeszcze rozmawiała coraz ciszej ze sobą, przypominając często rzeczy które się już bardzo dawno działy. W schorowanej głowie mięszały się one i plątały dziwnie, czasem trudno było zrozumieć, o co chodzi.
Doktorzy przyjeżdżali tak często jak i w pierwszych dniach choroby, ale dotychczas nic pocieszającego powiedzieć nie mogli. Jeden z nich siwy, w złotych okularach, stale wypytywał o różne szczegóły pielęgniarkę, zapisywał to sobie w notesie, potrząsał głową, stawiał godziny, daty, cyfry, a inni otaczali go w chwilach rozmowy, kiedy oddalali się wszyscy do pustego stołowego pokoju i spierali się o coś gorąco. Wreszcie któregoś dnia doktór w okularach powiedział z tajemniczą miną ojcu i dziewczynce: — choroba się przesila, jutro będziemy mogli coś powiedzieć o zdrowiu, a koledzy spojrzeli na niego z podziwem i pochylili zgodnie głowy.
Po odjeździe doktorów dziewczynka uradowana ich słowami, postanowiła tę noc sama czuwać przy matce. Dozorczyni położyła się spać, a ona z książką w ręce usiadła przy lampie i zapatrzyła się w wychudłą twarz matki. A kiedy się już na nią napatrzyła tak, że mogłaby odwrócić głowę i widziałaby ją tak samo wyraźnie, wtedy spojrzała