Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/13

Ta strona została przepisana.

dziewczyna, zmieszana niezmiernie i bardziej odurzona, niż przekonana, odrzekła:
— A więc pójdę, niech mi Bóg dopomaga — i skierowała się ku drzwiom parlatoryum.
W chwili, kiedy próg już miała przestąpić, Giertruda, która wzrokiem ponurym patrzyła za oddalającą się ofiarą, nagle zawołała, jakby pod wpływem nieprzezwyciężonego uczucia:
— Łucyo, zaczekaj!
Łucya obejrzała się i wróciła do zakratowanego okna, ale już inne uczucie, uczucie, które oddawna panowało wszechwładnie w duszy nieszczęsnéj Giertrudy, i teraz zwycięstwo nad nią odniosło. Udała więc obawę, aby Łucya nie zmyliła drogi, raz jeszcze powtórzyła, którędy ma przechodzić i pożegnała ją, mówiąc:
— Zrób wszystko tak, jak ci powiedziałam, i wracaj co najprędzéj.
Łucya odeszła.
Niepostrzeżenie opuściła klasztor i skręciwszy w ulicę, którą jéj Pani wskazała, idąc tuż koło muru, ze spuszczonemi oczyma, doszła po chwili do bramy Monzy, wyszła z niéj drżąc na całém ciele, wstąpiła na gościniec i wkrótce spostrzegła i poznała drogę, wiodącą do klasztoru ojców kapucynów. Ta droga wyglądała podówczas (a i dziś jeszcze tak samo wygląda) jak łożysko potoku, w skutek wysokich brzegów, na których w górze rosły gęste krzewiny, tworzące nad nią rodzaj zielonego sklepienia. Łucya, wstępując na tę drogę i widząc, że jest pustą zupełnie, uczuła, iż jéj bojaźń wzrasta i przyśpieszyła kroku, ale po niejakiéj chwili znów jéj wróciło nieco otuchy, bo w oddaleniu spostrzegła powóz, stojący na drodze, a obok drzwiczek powozu dwu jakichś panów, którzy rozglądali się dokoła, jakby nie wiedzieli, gdzie się znajdują i w którą stronę jechać im wypada. Gdy się nieco do nich zbliżyła, usłyszała, iż jeden z nich, pokazując na nią, mówi do towarzysza:
— Oto ta dziewczyna może potrafi wskazać nam drogę. — I rzeczywiście, kiedy ich mijała, ten sam pan, daleko milszym głosem, niż to zapowiadała jego powierzchowność, spytał ją:
— Przepraszam, czy nie moglibyście powiedzieć nam, którędy to się jedzie do Monzy?
— To trzeba zawrócić; panowie jadą w przeciwną stronę — odrzekła nieboga — Monza tam... — i ruchem głowy i wskazała na gościniec; w téj chwili towarzysz tego, który z nią rozmawiał (był-to Nibbio) uchwycił ją szybko z tyłu w pół i podniósł z ziemi; Łucya obejrzała się i krzyknęła przeraźliwie, brawo wepchnął ją gwałtem do powozu, drugi brawo, który tam siedział na