Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/146

Ta strona została przepisana.

dali do jaskiń, szukając tam zamożniejszych mieszkańców, a gdy jednego z takich wykryli, wlekli go do jego domu i za pomocą gróźb, bicia, męczarni najsroższych zmuszali do wskazania im miejsca, gdzie schował swe skarby. Wreszcie w dalszą wybierali się drogę: już odeszli; zdaleka coraz słabiéj dolatywał odgłos ich trąb i bębnów; następowało kilka godzin przerażającéj ciszy i znów rozlegało się przeklęte bębnienie, słychać było nowy przeklęty odgłos trąb wojskowych; inny oddział nadciągał. Nowi przybysze, nie znajdując już nic, coby zabrać mogli, z tém większą wściekłością niszczyli wszystko, co jeszcze można było zniszczyć; palili beczki opróżnione przez swych poprzedników, drzwi w izbach, w których żadnego już nie pozostało sprzętu; z tém większém okrucieństwem pastwili się nad bezbronnemi mieszkańcami i tak szło coraz gorzéj i gorzéj przez całych dni dwadzieścia, bo na tyle oddziałów było podzielone wojsko. Colico było pierwszą miejscowością w księstwie, którą opanowały te szatany; potem rzuciły się na Bellano, stamtąd wkroczyły do Valsassiny i rozbiegły się po niej; wreszcie przyszła koléj na ziemię Lecco.


ROZDZIAŁ XXIX.

Tu, pomiędzy tylu biedakami, których wieść o zbliżaniu się wojska największą przejęła trwogą, odnajdujemy kilka znanych nam osób. Kto nie widział don Abbondia w owym dniu, w którym odrazu gruchnęła wiadomość o tém, że już wojsko niemieckie wkroczyło na ziemię medyolańską, że już jest niedaleko i że się takich rzeczy dopuszcza po drodze; ten nie wie naprawdę, co trwoga i przerażenie. Idą, idą; jest ich trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt tysięcy; są-to szatany, aryanie, antychryści; złupili Cortenuowę, spalili Primalunę, rabują w Introbbio, w Pasturo, w Barsio; już są w Balabbio; jutro tu będą! — takie były wieści podawane z ust do ust. Ludzie potracili głowy: biegali po wsi, zatrzymywali jeden drugiego, aby się poradzić; wszędzie gwar, wszędzie pośpiech; kobiety zbierały się w kółka; ten chciał uciekać, ten pozostać; wahanie się, przestrach, rozpacz. Don Abbondio postanowił uciekać, postanowił to przed innemi i bardziéj stanowczo niż inni; ale na każdéj drodze, którąby mógł podążyć, w każdém miejscu, w któremby się mógł