Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/219

Ta strona została przepisana.

dawniejszéj uprawy: młode winne gałązki odrastały, gdzieniegdzie oznaczając miejsce wytępionych szeregów; tu i ówdzie latorośle morw, fig, brzoskwiń, wisien i śliwek; ale i te również rozrzucone słabe, zagłuszone inną, nową, różnorodną i bujną roślinnością, zrodzoną tu i wyrosłą bez pomocy rąk ludzkich. Pełno tam było pokrzywy, paproci, kostrzewy, perzu, kitek, dzikiego owsa, amarantów zielonych, cykoryi, końskiego szczawiu i różnych innych podobnych roślinek, z których wieśniak na całym świecie utworzył na swój sposób jeden wielki dział, nazywając go ogólnmé imieniem, zielska albo chwastów. Całe zastępy, że tak powiem, łodyg zielonych starały się, jedna przed drugą, najwyżéj wystrzelić w powietrze, lub czołgając się po ziemi wybiedz jak najdaléj, słowem, jak najwięcéj miejsca dla siebie zagarnąć; wielka mieszanina liści, kwiatów, owoców najrozmaitszych barw, kształtów, wymiarów, kłosy, gronka, kity, pęki, gwiazdki, dzwonki, kitki, białe, czerwone, żółte, niebieskie. Wśród całéj téj drobnéj hałastry ukazywały się miejscami roślinki bardziéj pokaźne, choć, po największéj części nie o wiele lepsze od reszty: winograd turecki (uva turca) najwyższy z nich wszystkich, o rozłożystych gałązkach czerwonawej barwy, o wspaniałych ciemnozielonych liściach, wśród których niejeden już był opasany purpurową obwódką, o gronkach wdzięcznie pochylonych, wygiętych, ozdobionych u dołu ziarnkami floletowemi, nieco wyżej purpurowemi, daléj zielonemi a u góry białemi kwiatkami; dziewanna o wielkich liściach kosmatych przy ziemi, z wysmukłą, prostą łodygą rozpościerającą szeroko swoje ramiona, usiane niby gwiazdami, kwiatami żółtemi; bodziaki uzbrojone w kolce na gałązkach, listkach, na samych kielichach kwiatowych, w których ukazywały się białe lub czerwone czubki, albo z których odrywały się co chwila unoszone wiatrem lekkie piórka srebrzyste. Tu nieprzebrana moc powoi pnąc się i opasując młode morwowe latorośle całkiem je pokryły swemi liśćmi, kołyszącemi się za lada wiatru powiewem i zwieszały z ich wierzchołków swe białe, miękkie dzwoneczki; tam dzika dynia o czerwonych gałkach, uczepiła się winnéj latorośli, która, ze swéj strony, nie znajdując jakiéjś mocniejszéj podpory splotła z nią swoje gałązki i liście; i tak razem złączone ciągnęły siebie ku ziemi, jak dwoje słabych ludzi, którzy chcą się wspierać wzajemnie. Jeżyny wszędzie mnóstwo: tu się wspinała, tam zwieszała, daléj słała się po ziemi, rozpościerała lub stulała gałązki stosownie do rozmiarów opanowanego miejsca i rozsiadłszy się tuż u samego wejścia zdawało się, że chce bronić przystępu do tego zakątka samemu nawet jego właścicielowi.
Ale właściciel nie miał bynajmniéj ochoty wchodzić do takiéj winnicy; a może nawet mniéj czasu poświęcił na przyglądanie się