Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/23

Ta strona została przepisana.

muszą wiecznie mówić o tym Panu Bogu, jak gdyby to był najlepszy ich znajomy. A cóż ty sobie myślisz? Zdaje ci się może, że mnie tém... — i zamilkł nagle.
— O, panie! jakżebym śmiała!... cóż mi się może zdawać, jeżeli nie to, że się ulitujesz nade mną? Bóg tyle rzeczy przebacza za jeden miłosierny uczynek! O panie, puść mnie! na miłość boską, puść mnie stąd! Każdy z nas przecie umrzéć kiedyś musi, a wówczas... panie, za cóż tak dręczysz słabą, bezbronną istotę? O! ty masz tu władzę, ty rozkazujesz, każ mię wypuścić! Porwano mnie, zawieziono tu przemocą. Panie, odeślij mię z tą kobietą do *** do mojéj matki. O, Przenajświętsza Panno! do matki! do matki! przez litość do matki! Może to stąd niedaleko?... widziałam nasze góry! Dlaczego mię dręczysz! Każ mię zaprowadzić do jakiego kościoła. Panie, całe życie będę się modlić za ciebie. I cóż znaczy dla ciebie powiedzieć jedno słowo? Ach! widzę, czuję, że się w tobie litość już budzi: o panie, powiedz, powiedz to słowo. Bóg tyle rzeczy przebacza za jeden miłosierny uczynek!
— O, dlaczegóż nie jest córką jednego z tych psów, którzy mnie wygnali! — myślał Nienazwany — jednego z tych łotrów, którzy mojéj śmierci pragną tak gorąco! jakżebym się napawał jéj rozpaczą, jej łzami, gdy natomiast...
— O panie, nie odpychaj od siebie tego dobrego natchnienia! mówiła daléj Łucya z zapałem, ośmielona wyrazem pewnego wahania się, który dostrzegła w twarzy i w całéj postawie swego ciemięzcy. — Jeżeli nie zechcesz ulitować się nade mną, to się Bóg nade mną zlituje: ześle mi śmierć i dla mnie wszystko już się skończy, ale dla ciebie!... Może przyjść dzień, w którym i ty panie... Ale nie, nie, będę zawsze Boga prosiła, aby cię od wszelkiego nieszczęścia ochronił. Panie, cóż znaczy dla ciebie powiedziéć słowo? jedno tylko słowo! Ach, gdybyś mógł czuć to, co ja cierpię!...
— No, bądź dobréj myśli, uspokój się, dziewczyno — przerwał Nienazwany, głosem tak łagodnym, iż stara osłupiała z podziwu. — Widzisz sama przecie, że ani cię krzywdzę, ani ci grożę.
— O tak! Panie, ty masz dobre serce, czuję, żeś się zlitował nad nieszczęśliwą. Gdybyś tylko chciał, mógłbyś zastraszyć mnie bardziéj jeszcze niż ci wszyscy, mógłbyś mnie zabić, a natomiast, panie... przyniosłeś pewną ulgę memu sercu. Niech ci to Bóg stokrotnie nagrodzi. Dokończ to, coś już zaczął, spełnij do reszty ten miłosierny uczynek, puść mnie, oswobodź mnie, panie.
— Jutro, jutro.
— Dlaczego jutro? A teraz? zaraz?
— Mówię ci, jutro z rana, zobaczymy się. No, do jutra więc,