Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/245

Ta strona została przepisana.

lotem strzały spuszczała się na dół z rozpostartemi skrzydełkami, jakby chciała ziemię niemi muskać, lecz przestraszona panującym tu gwarem, znowu szybko wznosiła się w górę, znikając gdzieś za krużgankiem. Był-to jeden z tych dni, w jakich nawet wśród najweselszych towarzyszy podróży niéma nikogo, ktoby chciał przerwać milczenie, w jakich wieśniaczka, pracująca w polu, przestaje śpiewać, sama prawie o tém nie wiedząc, i strzelec kroczy zwolna, zadumany, ze zwieszoną głową, z oczyma ku ziemi; jeden z tych dni poprzedzających burzę, w jakich w przyrodzie, jakby uśpionéj, jakby zdrętwiałéj na pozór, odbywa się wszakże cicha, lecz potężna praca, zdająca się uciskać każdą żywą istotę i sprawiająca, że nietylko wszelki ruch, wszelką czynność wykonywamy z dziwną ociężałością, lecz że nawet wypoczynek, że nawet samo istnienie jest dla nas brzemieniem. Tu, w tym przybytku cierpienia i śmierci, człowiek pasujący się z chorobą upadał odrazu pod tym nowym ciężarem; zdrowie całych kroci ludzi pogorszyło się nagle w sposób przerażający, a również ostatnia walka życia ze śmiercią stała się jeszcze bardziéj męczącą; ze wzrostem cierpienia wzmogły się jęki. Ach! nawet to miejsce opłakane może nigdy nie widziało dnia tak strasznego!
Długo już bardzo, choć zawsze napróżno, krążył nasz Renzo wpośród owych chałup, gdy naraz w tym chórze jęków, w tym dalekim, niewyraźnym gwarze zaczął odróżniać jakieś dziwne głosy, niby beczenie kóz, połączone z dziecinném kwileniem, aż wreszcie doszedł do parkanu z desek, popękanego, w bardzo złym stanie, z po-za którego wychodziły owe głosy. Przyłożył oko do szerokiéj szczeliny pomiędzy dwiema deskami i zobaczył placyk ze wszystkich stron ogrodzony, z rozsianemi na nim chałupami, a w tych chałupach i na tym placyku już nie zwykłych umierających i chorych, ale drobną dziatwę, leżącą na materacykach, poduszkach lub rozesłanych pieluchach, mamki i inne kobiety, krzątające się koło nich i co najbardziéj przyciągało oko i zatrzymywało je najdłużéj, kozy pomieszane z niemi, pełniące widocznie obowiązek ich pomocnic; słowem był-to szpital niemowląt, taki, jaki w tym czasie i w tém miejscu mógł być możebny. Było, powiadam, rzeczą dziwną naprawdę widziéć te zwierzęta, jak stojąc nad tym lub owym dzieciakiem, pozwalały mu ssać swe wymiona, jak z iście macierzyńską skwapliwością nadbiegały na krzyk niemowlęcia i zatrzymując się obok niego, starały się przybrać najdogodniejszą dlań postawę i beczały żałośnie, oglądając się dokoła, jakby chciały zawołać na kogoś, ktoby im obojgu przyszedł z pomocą. Tu i owdzie siedziały mamki z dziećmi przy piersi, a w wyrazie twarzy niektórych, w całéj ich postaci malowało się tyle miłości, że w patrzącym na nie mogła się zrodzić