Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/268

Ta strona została przepisana.

— Rozumiem — powiedział Renzo i stanął jak wryty, oczekując na powrót kapucyna, ze skrzyżowanemi na piersiach rękami, ze wzrokiem w ziemię utkwionym, z sercem przepełnioném dręczącą niepewnością, która ani na jeden włos się nie zmniejszyła. Ojciec Krzysztof poszedł znowu szukać ojca Wiktora, a znalazłszy, prosił go, aby i teraz na czas pewien chciał go zastąpić przy chorych; wstąpił następnie do swojéj chałupy, wyszedł z niéj z koszałką na ręku, wrócił do Renza, powiedział do niego: — chodźmy i poszedł przodem kierując się w stronę téj chałupy, do któréj, przed niedawnym czasem, razem wchodzili. Tą razą jednak, sam jeden tam wstąpił, a po chwili wyszedł z niéj mówiąc: — żadnéj zmiany! Módlmy się, módlmy! — Potém dodał: — teraz ty mnie prowadź.
I poszli w milczeniu.
Tymczasem niebo jeszcze się bardziéj zciemniło, zapowiadając niechybną już teraz, bliską burzę. Częste błyskawice przerzynały pomrokę powietrza, zalewając światłem przelotném długie dachy, łuki krużganków, kopułę kaplicy i niskie kominy chałup; grom po gromie uderzał gdzieś w dali a łoskot ich rozchodził się groźnie po całém niebie. Renzo szedł naprzód, uważnie przypatrując się drodze, chciałby leciéć do Łucyi, a jednak musiał iść powolniéj, zastosowując swe kroki do sił towarzysza, który, znużony nadmiarem pracy, złamany chorobą, osłabiony straszliwym znojem, wlókł się z wysiłkiem, zwracając co chwila ku niebu twarz bladą, jakby stamtąd wyglądał jakiegoś ożywczego tchnienia.
Nareszcie Renzo spostrzegł chałupę, do któréj dążyli; zatrzymał się, obejrzał na ojca Krzysztofa i rzekł głosem drżącym! — to tu.
Wchodzą... — Oni! patrz! — mówi kobieta leżąca na łóżku. Łucya ogląda się, zrywa się szybko z ziemi i śpieszy na spotkanie starca, wołając: — co widzę! Ach, ojcze Krzysztofie!
— A więc, Łucyo! z wieluż-to już niebezpieczeństw ocalił cię Pan Bóg! Musisz być bardzo szczęśliwą, żeś zawsze ufność w Nim pokładała.
— O tak! Ale ty, ojcze? O ja nieszczęśliwa, jakżeś zmieniony! Jakże się masz, jak się masz, ojcze?
— Tak jak Bóg chce, abym się miał; a ja chcę zawsze tego, czego On chce — odpowiedział, z twarzą pogodną, zakonnik. I, odprowadzając ją na stronę dodał: — nie mogę zabawić tu dłużéj nad parę minut. Słuchaj; czy masz dla mnie tę samę ufność co dawniéj?
— Ach ojcze! mógłżebyś o tém wątpić!