Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/291

Ta strona została przepisana.

i dobrą miotłą; wymiótł stąd pewne osobistości, od których, moi drodzy, nigdybyśmy się nie uwolnili; byli-to ludzie młodzi, zdrowi, silni; zdawałoby się, że ten, kto ma po nich egzekwie odprawiać, jeszcze teraz musi gdzieś w seminaryum ślęczeć nad łaciną. Aż tu w jednéj chwili znikli wszyscy. Wymiotło ich, wymiotło, powiadam, i to nie po jednemu, ale całemi secinami. Nie zobaczymy go już więcéj przechadzającego się w orszaku tych swoich zbójów z tą miną, z tą butą; pamiętacie, jakto spoglądał na wszystkich; zdawałoby się, że tylko z jego łaski jesteśmy na świecie. Tymczasem jego już niéma, a my, dzięki Bogu, żyjemy! Nie będzie już posyłał swoich brawów z tak pięknemi rozkazami do porządnych ludzi. Oj! dał się on nam wszystkim we znaki! Teraz śmiało już to można powiedziéć.
— Ja mu tam przebaczyłem z całego serca — rzekł Renzo.
— I słusznie zrobiłeś, mój synu — rzekł don Abbondio; — ale ztémwszystkiém możemy przecie Bogu dziękować, że nas od niego uwolnił. Otóż wracając do naszéj sprawy, powtarzam wam: róbcie tak, jak wam się zdaje najlepijé. Jeżeli chcecie, abym ja was pożenił, jestem gotów; jeżeli w jaki inny sposób myślicie się urządzić, i na to zgoda. Co zaś do tego wyroku, no, to i ja teraz widzę, że ponieważ już niéma nikogo, ktoby miał was na oku i chciał wam zaszkodzić, nie warto nim sobie tak dalece głowy zaprzątać; témbardziéj, iż z powodu urodzin najjaśniejszego infanta został wydany ten inny wyrok ułaskawiający. A zresztą mór! mór! ileż-to rzeczy ważnych, rzeczy wielkich ten mór potrafił w niwecz obrócić! Więc jeżeli chcecie... Co to dziś mamy?.. Czwartek? Otóż w niedzielę mogą wyjść wasze zapowiedzi. Co się już dawniéj zrobiło, teraz, po upływie tak długiego czasu, niéma żadnego znaczenia; trzeba wszystko rozpocząć nanowo; ale to się prędko załatwi, a ja będę miał przynajmniéj tę pociechę, że sam was pożenię.
— Ksiądz proboszcz wie przecie, iż właśnie po to przyszliśmy do niego — powiedział Renzo.
— Dobrze więc, bardzo dobrze, będę wam służył najchętniéj, i natychmiast zawiadomię o tém jego przewielebność.
— Kto-to jest jego przewielebność? — spytała Agnieszka.
— Jego przewielebność — odpowiedział don Abbondio — to nasz kardynał-arcybiskup, którego Pan Bóg niech raczy w zdrowiu zachować jak najdłuższe lata.
— O! co do tego, to już niech mi ksiądz proboszcz daruje — odrzekła Agnieszka — ale, choć jestem prostaczką i na tytułach niby się nie znam, mogę jednak upewnić księdza proboszcza, że nie go trzeba nazywać; bo kiedyśmy po raz drugi miały szczęście:: nim rozmawiać (i to tak rozmawiać, jak teraz z księdzem probosz-