Strona:Alessandro Manzoni - Narzeczeni 02.djvu/82

Ta strona została przepisana.

ale jednego z tych świętych, których malują z mieczem w ręku i z głową podniesioną. Oprócz bojaźni, żywili dlań również (ci zwłaszcza, którzy w tym zamku przyszli na świat a takich było najwięcéj) przywiązanie poddańcze, a wszyscy bez wyjątku przejęci byli dlań uszanowaniem, prawie uwielbieniem i w jego obecności doznawali owego onieśmielenia, owego wstydu, od którego ludzie najbardziéj nawet zuchwali i nieokrzesani nie są wolni, wobec osoby, któéj poznali już wyższość. Zresztą to, co teraz z ust, jego wyszło, choć tak dla nich wstrętne i tak przez nich znienawidzone, nie było jednak ani fałszem, ani też rzeczą zupełnie obcą ich pojęciu. Chociaż im to tak często służyło za przedmiot do ich sprośnych żartów, nie wynika stąd jednak bynajmniéj, aby w to wierzyć nie mieli; żartami starali się zagłuszyć tylko ów strach, któryby ich ogarnął niechybnie, gdyby się nad tém na seryo zastanawiać zaczęli. A teraz, gdy zobaczyli, jak ów strach podziałał nawet na tak mocną duszę, jak dusza ich pana, nie było ani jednego, któryby w mniejszym, lub większym stopniu, na pewien czas przynajmnijé, nie uległ także temu uczuciu. I o tém również nadmienić wypada, iż wielu z nich, znajdując się z rana po-za obrębem doliny i słysząc o téj wielkiéj nowinie, widzieli jednocześnie i opowiedzieli następnie po powrocie innym, owę radość ogólną, owę miłość i szacunek dla Nienazwanego, które odrazu zastąpiły miejsce dawnéj obawy, wstrętu i nienawiści. A skutkiem tego, ów człowiek, który w ich oczach był zawsze tak wielkim, głównie dla swéj potęgi i siły, teraz, gdy się stał przedmiotem podziwu i ubóstwienia dla całego tłumu, urósł nagle do rozmiarów olbrzyma; zmienił się wprawdzie, lecz nie zmalał; i zawsze występował z szeregów pospolitych ludzi, zawsze był wodzem i głową. Stali więc w osłupieniu, a każdy był niepewny, tak samego siebie, jako téż i innych. Ten się gryzł, ten rozmyślał, dokąd pójdzie szukać przytułku i służby, ów znowu zbadał siebie, czy potrafi przerobie się na porządnego człowieka, niektórzy nawet wzruszeni słowami pana, czuli pewien pociąg do zastosowania się do nich, inni wreszcie, nie rozstrzygając nic zgoła, myśleli tylko, że najlepiéj będzie wszystko obiecać, byle pozostać na tym chlebie, o który teraz tak trudno, a który tu ofiarowują im z całego serca, i wygrać na czasie: nikt ani pisnął, nikt się nie poruszył. A gdy Nienazwany, po skończeniu swéj przemowy, podniósł znowu tę rozkazującą rękę, aby im dać znak do rozejścia się, wszyscy zaraz cicho i posłusznie, jak stado owieczek opuścili salę. On też wyszedł za niemi i stanąwszy najprzód na środku dziedzińca, patrzył przy słabém świetle zapadającego już zmroku, jak się rozchodzili każdy w swoję stronę, każdy na swoje stanowisko, następnie wróciwszy