Strona:Anafielas T. 1.djvu/96

Ta strona została uwierzytelniona.
78

One, świergocąc, niechętnie wstawały,
I nazad w ciepłe gniazdko się tuliły.
Brekszta wszelkiego stworzenia powieki
Snem jeszcze słodkim cisnęła łagodnie.
Próżno Budintoj, dla gnuśnych złowroga,
Myślą o pracy ludzi chciała budzić.
Spali spowici potrzebą spoczynku.
Lecz Witol nie spał; przemarzył noc całą;
Bóstwóm się leśnym modlił i Raganóm:
Prosił Sznejbrata i dzikiéj Miedziojny,
Żeby mu w piérwszych poszczęścili łowach;
Prosił puszcz duchów i leśnych straszydeł,
By do ostępów, w których źwierz się kryje,
Gristis i Jodsy nie broniły wstępu.
Słyszał on często, że łowiec zbłąkany
Spotkał się w puszczy gdzie z dzikim człowiekiem,
Lub ptak go uwiódł, padając co chwila,
Lub jeleń zwolna w ostępy prowadził,
Aż potém więcéj łowca nie ujrzano,
Tylko gdzieś w puszczy garstka białych kości
Pod starym dębem na wieki została,
Postrach myśliwych, niebacznym nauka.

Wstał ojciec, przetarł rozespane oczy;
A matka smolne paliła łuczywo,
Placków na drogę, nabiału i chleba,
Rad macierzyńskich nie skąpiąc młodemu.
— Nie wiész — mówiła — nie wiész, co to łowy!