Strona:Andrzej Strug-Pokolenie Marka Świdy.djvu/231

Ta strona została przepisana.

wielkiej wojny. W okopach nad Rawką i Bzurą walki, szturmy, odparcia. Ciężkie nocne patrole, nieustająca mordęga kopania. Kopali i kopali, krety nie ludzie. Aż nocą przyszło od Niemców „powietrze“ i już nie ujrzał ranka. Wszystkie niemieckie kraje przewędrował, przechodził przez wielkie miasta, przeganiany ze szpitala do szpitala, z baraków do baraków, z obozu do obozu. Nie widział nic, wszystko wiedział i zapamiętał. Tysiącami marli wkoło niego „jeńce“ — Angliczany, Francuzy, Belgi i czarni, a najgęściej te nasze brudne wszarze, Ruski. Z tyfusu, z głodu, z ran nieleczonych, z poniewierki, z katowania, z tęsknoty, z rozstrzelania za wyjście poza druty. Wymarły ogromne tysiące zdrowych, mocnych chłopów, a on wyszedł cało, ciemny kaleka, niedołężny, co to zawsze o każdej porze jeno na łasce ludzkiej i to tam, gdzie w okrutnej niedoli każdy ino o sobie radzi. Wydzierali mu od ust kęs chleba, okradali w biały dzień, pozbawiali wszystkiego. Marł, a nie zmarł, bo byli i insi — wszędzie byli. Wspominał ze łzami w głosie dobrodziejów swoich nieznajomych, przyjaciół i braci, panajezusowych wysłańców. Wszędzie się znalazł taki bodaj jeden, co go obronił od krzywdzicieli, co sam głodny, jedynym kartoflem się z nim podzielił, co sam mrący ze zimna, osłonił go połą złachmanionego szynela na błocie i gnoju. Za nich pacierze codzień odprawia, dziękując Panu Bogu za ocalone życie, za ciepłe słonko, za sen spokojny, za mleko, za miód, za głosy ptaszęce śpiewające, za gładkie główki, za miękkie rączki wnucząt, za dach nad głową, pod który się