Strona:Andrzej Strug-Pokolenie Marka Świdy.djvu/367

Ta strona została przepisana.

wał przebić sobie wyjście z chaosu, w którym tonął. Ale wino wtrąciło go w ciężkie zgnębienie i powlokło jeno mgłą świetną, płonącą od białych lamp salę restauracyjną. Puszczał mimo uszu zgłuszone, dochodzące jak przez ścianę monologi Botwida, któremu wtórowała cicha muzyka kwartetu smyczkowego, szemrząca niepokojem wymyślnych najnowszych tańców. Nusym zrzadka wypuszczał ze siebie jakiś aforyzm, jakiś dowcip warszawski, zaczynał coś opowiadać i urywał, pocierał czoło i pił. Obok siedziało huczne towarzystwo o przedziwnie zharmonizowanych zakazanych gębach. Bezczelnie rozbijali się, jak gdyby byli tutaj pierwsi i najpierwsi. Swobodnie rozglądali się wokoło, jakby do nich należał świat. Często gęsto wybuchali chórem cynicznego śmiechu, który drwił w żywe oczy ze wszystkiego i ze wszystkich. Mogli to być nawet zwycięscy kasiarze, którzy przepijali pieniądze, podniesione z jakiegoś zasobnego banku przez dziurę wypaloną w pancernym skarbcu. Albo polsko-gdańscy szmuglo-paskarze. Albo jeszcze...
Marek nie mógł się od nich opędzić, nastręczali mu się, włazili mu do głowy i wciąż plątali się między jego najtajniejszemi myślami. Ten i ów z nich rzucał na niego spojrzenie pełne pogardy, jako na tego, który się jeszcze waha. Już raz w raz ten i ów pogląda ku niemu przez zmrużone oko poufale, jak na swojego. Marek rozmawiał z nimi potajemnie.
— Może jutro będę tu z wami siedział, ale dziś wara wam ode mnie, kanalje, wywłoki, złodzieje...
— Nie lubię ja tych biadań i krytyk, wszystko