Strona:Andrzej Strug-Pokolenie Marka Świdy.djvu/368

Ta strona została przepisana.

to jest głupie i puste, sieczka warszawska. O co ci idzie, Botwid? Jedź sobie do Greków, do samego djabła, a nam zostaw Polskę. Damy sobie rady bez ciebie. Ja zaś powiadam, że właśnie układa się u nas coraz to lepiej, wbrew wszystkim czarnym chmurom na wszystkich czterech horyzontach. W polityce zagranicznej każdy dzień znaczy się jakimś wielkim aktem, a lada dzień Górny Śląsk...
— A któż to obroni świętej ziemi wileńskiej, która dopiero co aktem uroczystym...
— Wiemy, wiemy.
— I któż obroni owego Śląska, pytam się ciebie, Marjanie Plechyński?
— Tybyś obronił, kniaziu kresowy, ale pilno ci na zamorskie awantury Bylebyś wrócił szczęśliwie, to nas obronisz.
— Wrócę na czas.
— Prędzej niż myślisz, dobrze ty będziesz zdzierał z tej zabawy. Wpław będziesz wyrywał z pięknej Smyrny, której ci się zachciało dla Greków. Warjacie, kark sobie skręcisz, toć to czysty, angielski szwindel, kończy się na kolosalnym krachu. Jeszcze raz cię proszę!
— Już mam bilet do Aten, rzeczy na dworcu, za godzinę się pożegnamy, co tam już gadać. W każdym razie przywiozę sobie grecki krzyż, tego jeszcze, nie posiadam w mojej kolekcji.
— Chyba, że — więc poco się martwisz Polską!
— Każdy może wypowiadać swoje zdanie! Dlaczego mu zabraniasz?! Botwid mówi prawdę!!!
Marek wybuchnął nagle, najniespodziewaniej dla