Strona:Andrzej Strug - Jutro.djvu/153

Ta strona została uwierzytelniona.
149

leki, płaski ląd na skraju bezbrzeżnych wód. Przy wysiłku wyobraźni można je było dostrzec, odróżnić — lecz nic już nie zmuszało do wysiłku. Bierne trwanie, bez pragnienia, bez oczekiwania liczyło swoje chwile za całe długie lata. Utracił swoją potęgę czas, ustał w odwiecznym swoim ruchu. Stulecia przeszłości, wieki żyć mające, i obecna przechodząca chwila były jednością, były sobie równe, jak niezliczone krople wód falującego morza. Wszystko stało się bezimienne, jednakowo znajome, jednakowo blizkie i dalekie. Wygładzało się, przycichało w ruchu nieogarnione morze. Stoi jak zastygłe, wypełnia sobą wszystko. Jego puste, niewiadomej barwy zwierciadło styka się z niebem. Gdzieś tam mogą być, mogą nie być lądy, wyspy. Dobrze jest duszy w pustyni nad niezgłębionemi wodami nicości. Dobrze jest duszy w tym trwaniu bez treści, w pogodnym, spokojnym znieczuleniu.
Była radość i pewność, że się to już