Strona:Andrzej Strug - Jutro.djvu/159

Ta strona została uwierzytelniona.
155

Życie i jego sprawy ogromne, idące przez wieki nieprzerwanym ciągiem, były dlań jakby ciężkim majaczeniem sennego mózgu. Obudzić się, obudzić — do czegoś innego, do czegoś nareszcie prawdziwego. Wiedział, że to, co ostateczne, to, co nareszcie będzie prawdziwe, zbliża się szybkim, niecofnionym ruchem: z jakiejś wyżyny, po stromej pochyłości już sunie nań niepowstrzymanym pędem. Na to czekał w uniesieniu.
I gdyby go zabrano teraz, w tej chwili, może nie spostrzegłby prowadzących go ludzi. Nie zauważyłby, że idzie ku swojemu miejscu. We mgle upojenia przekroczyłby granicę życia, nie widząc okropności ostatnich swoich chwil. Ale czas upływał, coś się opóźniało. Uczuł, zaczął spostrzegać, że przeminął i oddalał się ów jedyny i najwyższy moment.
Było to nieludzkie, niemiłosierne, jak gdyby przerwano wykonanie kary: już z zało-