Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/121

Ta strona została przepisana.

— W ślicznym pan jest stanie. Przepraszam za nieufność, ale proszę nie zapominać: tu jest pas pograniczny. Tu wre nienawiść, jak w kotle. Można się zbliżyć do człowieka, wołającego pomocy, a ten wyjmuje karabin z pod płaszcza i wali.
— Rozumiem to, panie poruczniku. Dziękuję za pomoc.
— To pan strzelał przed paru godzinami na błotach?
— Tak, to też ja.
— Do kogo?
— Do wilka. Wprost nie do uwierzenia, jak denerwująco zabiegał mi drogę.
— O, ja wierzę. Wilki tutejsze przywykły do mięsa ludzkiego. Wyrosły na pobojowiskach i tam się utuczyły. Zawziętość wojujących ludzi jakby weszła wraz z trupim żerem w te bestje. Urządzamy tam na nich potrochu obławy.
— To pan mówi, że wilki rozzuchwalone?
— W najwyższym stopniu. Ale dobrze się stało, że pan wtedy strzelił. Placówka na błotach usłyszała i dała znać do strażnicy.
— To panowie są?
— Z Korpusu Ochrony Pogranicza, do usług, czyli KOPa. Jak się mówi żartobliwie: kop grób... już wie pan, komu. Ale pan się tu porządnie zmarnował. Topił się pan, czy co? Proszę dobrze usiąść i opowiadać.
Zdjął swój płaszcz zwinięty za siodłem i narzucił na Wasilewicza. Ten opowiedział swoją historję.
— Och, zgapiliśmy się, — rzekł porucznik frasobliwie, — Łasickiego już nie przyłapiemy. Ale czasem myślę, że to jest jeden z największych łotrów i zdrajców świata. Będzie siedział w najniższym kręgu pie-