Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/137

Ta strona została przepisana.



XV

Panna Zosia siedziała przy stoliku w pustej klasie. Przed nią stał białowłosy, piegowaty Taras. Znowu podczas pauzy urządził widowisko z mordowania piskląt, które systematycznie wykradał z gniazd. Znowu pobił do krwi chłopca z młodszego oddziału, znowu popełnił kradzież — ściągnął kozik koledze.
Kołatała napróżno do drzwi tej ciemnej duszy. Na przemowy jej odpowiadał zaciętem milczeniem:
— Ty wiesz swoje, a ja swoje! — spoglądał na nią z drwiną w złych oczach.
Odprawiła go z poczuciem, że cały wysiłek jej przepadł na darmo. Gdy odszedł, położyła głowę na rękach. Przyszła na nią chwila słabości. Zapłakała... Gdybyż ksiądz Justyn był tu blisko.
— Zbyt zarozumiała byłam, — myślała, — chciałam cierni — nie wiedziałam, że czasem wbijają się w serce.
Otarła oczy i zaczęła porządkować klasę. Nad ziemią nisko zwisały czarne chmury.
Usłyszała tętent. Wyjrzała przez okno. Ach, to miły porucznik Czupur! Z siada z konia, oddaje cugle jej ulubieńcowi, żołnierzowi Wojtczakowi.
Wyszła na spotkanie, pogadała z żołnierzami, wyniosła im jabłek i wprowadziła do pokoju porucznika.
— Dokądże wyprawa?
— Rozbójnik „Rjaby Janka“ idzie tą stroną, uzbrojony, jak należy. Są tam dwa jeziora, między nimi