Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/142

Ta strona została przepisana.

— Nie jestem dla pana Zosia. Pracowałam dla dobra tych ludzi. Jeżeli chcecie, zabijcie.
— Kiedy ja nie chcę! Niech panna Zosia zapomni swego porucznika. Niech na mnie okiem łaskawem popatrzy. Będziesz moja — żyć będziesz. A nie — tak giń proklata!
Wykrzywił się potwornie, bo na twarzy panny Zosi wyczytał odmowę.
Wstał i stąpił przez ławeczkę środkową ku dziobowi, gdzie panna Zosia siedziała przy sterze. Spojrzała na jego wyciągnięte ręce. Były porosłe włosem ciemno-miedzianym. Doznała uczucia niewymownego wstrętu. Może jej dotknąć — jej, której ręce nie dotknęły niczyje! Ślubowanej przeczystemu Sercu Chrystusa!
Jeżeli dotknie jej, znieważy Ukrzyżowanego... Spojrzała na brzeg. Wydało się jej, że jest niedaleko. Była świetną pływaczką. Chrystus ocali! Dopłynie!
Odtrąciła go. Zachwiał się. Wtedy skoczyła na ławeczkę. Przytrzymała suknie na sobie. Odepchnęła się. Znalazła się w wodzie.
Usłyszała krzyk jego za sobą. Mocnemi uderzeniami rąk i nóg oddaliła się od łódki. Harelik patrzył nieruchomo. Stało się to, co miał i sam uczynić. Nie dopłynie. Uratować ją? Ależ ona nie wysłucha go nigdy. Zamajaczyła przed nim postać porucznika Czupura. Patrzył w uniesieniu zemsty na jej zmaganie się z żywiołem. Stał w łodzi, znacząc się czarną linją na tle chmur. A fale z chichotem przerzucały sobie łódź.
Dziewczyna płynęła dzielnie. Myślała, że ksiądz Justyn modli się za nią. Że życie jest jeszcze piękne. Ale suknie jej nasiąkły wodą. Ciążyły i ciągnęły na dno... Brzeg był ciągle daleko. Fale wznosiły się coraz