Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/187

Ta strona została przepisana.

— A Heloizy, zatopione w wysokich ideach, nigdy nie dostrzegają w Abelardzie — adoratora! Taki zacny chłop, choć skądinąd altruista i idjota — co pani z nim zrobiła?
Pani Poluta wstała.
— Zapomina pan, że jestem mężatką. Chociaż porzuconą przez męża. Ale mnie to nie obchodzi. Uznaję nierozerwalność małżeństwa. Wolno memu mężowi je zerwać. Mnie to ani wobec Kościoła, ani wobec mego sumienia nie rozwiązuję.
I dodała z ogniem na policzkach:
— Ani wobec mego dziecka.
Prętkiewicz, który stał, kołysząc gwałtownie w rękach fotelik trzcinowy, stuknął nim o ziemię:
— O... tu jest sedno tej sprawy. Poświęca go pani dziecku na zabawę, jak tragicznego pajaca.
— Co za przypuszczenie, że pan Białecki mnie o tyle obchodzi, że zachodziła kwestja poświęcenia dziecka — jemu?
Prętkiewicz z fotelikiem w ręku groźnie sunął ku niej.
— Nie obchodzi pani? Nic a nic nie obchodzi? Wolno zabić duszę, wyrwać serce, a samej wylecieć obronną ręką, nie opaliwszy skrzydełek, nie starłszy z nich pyłku!
Pani Poluta usiadła w zburzona.
— Czego pan chce odemnie? Jakiem prawem?...
Prętkiewicz opanował się, zły na siebie.
— Niech pani wybaczy... Oczywiste bezprawie z mojej strony. Niedelikatność biurokratyczna prawie. Ale gdyby go pani widziała... Przecież to duże dziecko kocha się raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni w życiu.
— Więc czego pan Białecki chce odemnie?