Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/20

Ta strona została przepisana.



IV

Wasilewicz wszedł do kawiarni, czując rzeźwość i napięcie wszystkich władz intelektualnych. Zdjął u portjera płaszcz paryski, trochę niemodny, ale pierwszorzędnie skrojony, z podszewką atłasową, choć przetartą. Oddał w ręce niezbyt uprzejmego fagasa żokiejkę, którą nosił dawniej, pozując na oryginalność, dziś z potrzeby.
Wszedł do zapchanej cukierni, gdzie na ścianach, wśród miękko ubryłowanych drzew ukazywały się światu niewiasty w falistych fryzurach.
Szedł do swego towarzystwa w kącie. Przyjęto go hałaśliwie.
— A, Jakim! Znowu miałeś le vin triste?
— Magnacie na dziesięciu gorzelniach, cóż ci pozostało na wspomnienie, prócz spirytusu, a i to rozcieńczonego?
— Jakim, dmuchnij! Jak babcię-Zachętę ze wszystkimi ramolami-mecenasami kocham, od niego nic a nic nie czuć ekstraktem z kartofli, żyta, winogron lub też innej roślinności...
— On wynalazł trunek upajający, a bez alkoholu.
— Opatentuję na twoją korzyść, jako że twa anemiczna łepetyna zniesie chyba tylko flaszki z pseudo obrazów Ozenfant’a i Jeanneret’a — odciął się Wasilewicz malarzowi, zasługującemu w zupełności na swój przydomek: Wymoczek.
Wasilewicz usiadł koło Prętkiewicza, czarnowłosego