Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/200

Ta strona została przepisana.

— Cóż to ma do tych ludzi, — dziwił się Białecki.
— O, tak tylko się pytam. Oniby mogli dużo zrobić dla ciebie. Wiesz przecie: tu w Warszawie wszystko mogą partje, kliki, mafje...
— Uprzedzam cię zgóry, że nie należę do żadnej, chyba to najpożądańsze dla urzędnika państwowego.
— O tak, oczywiście, — zgodził się grzecznie Melchjorowicz, — mam tu jedno stanowisko do objęcia, ale muszę się rozpatrzeć i zapytać ministra. Złóż podanie. Dowiedz się za tydzień. Wiesz, że ciebie lubię. Zawsze miałem ściągaczki od ciebie. No, i ta nasza wycieczka na lodowiec nad Gotardem i nocleg w Göschenen — pamiętasz? I konkury do panny Kazi, która odpaliła obu nas, sankiulockich akademików i wyszła zamąż za adwokata z odpowiednią klijentelą i umeblowaniem. Dobre były czasy. Ale wierz mi: życie trzyma nas w żelaznych trybach. Każdy z nas jest tak skrępowany przez stosunki i moment polityczny...
Białecki wyszedł z ciężkiem uczuciem. Życzliwość Melchjorowicza była oczywista. Ale miał ręce skrępowane. Trafił znowu na tę milczącą zmowę mafji i partji przeciwko człowiekowi, który ośmiela się chodzić luzem.
Po tygodniu znowu wypełnił kartkę u woźnego, znowu wysiedział w poczekalni godzinę i trafił w końcu przed oblicze Melchjorowicza. Ten przywitał go zażenowany.
— Widzisz, powiem ci szczerze: nie mogę ciebie przyjąć ze względu na ludzi, z którymi jestem związany. Nie masz najmniejszej giętkości i zdolności przystosowywania się. Tak mówią o tobie. Ze względu na politykę różnie trzeba się wykręcać. Każdy z resortów czuje na