Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/201

Ta strona została przepisana.

sobie łapę sejmu, ściślej mówiąc, panującego w danym momencie w sejmie stronnictwa. Jeżeli my tu w ministerstwie nie będziemy zgrani...
— Ale o kimże mówisz? — przerwał Białecki niecierpliwie: — kto to — wy?
— Grupa ludzi pragnących dobra kraju.
— A jakże się ta grupa nazywa?
— W cale się nie nazywa, — odparł Melchjorowicz, nie patrząc na niego, — powiedziałem ci to poufnie. Sądzę, że nie zrobisz z tego użytku. Bardzo mi przykro, że nie mogę wyciągnąć ciebie z tarapatów. Może służyć ci pożyczką.
Białecki namyślał się.
— Dziękuję, ale nie wiem, kiedy ci oddam.
— Och, oddaj, kiedy będziesz mógł. Mnie na niewielkiej sumie nie zależy. Mam akcje, które znowu poszły w górę.
Białecki wziął, podziękował i wyszedł. Zrobiło mu się trochę lżej. Teraz przez parę tygodni będzie mógł szukać swobodnie jakiegoś zajęcia.
Wszedł do gwarnej, olbrzymiej cukierni. Siedzieli tam przy stolikach silnie gestykulujący finansiści o rysach wybitnych, wojskowi, przemysłowcy. Jaskrawił się niebieski mundur i czerwona czapka oficera francuskiego w otoczeniu paru dyplomatów. W kącie cicho a ironicznie siedzieli średnio-młodzi z miesięcznika klasyczno-komunistycznego, wystawiając na widok publiczny swe brzydkie twarze o sprośnym wyrazie i swoje złe maniery. Siedzieli, zbierając wzorki do sketchów kabaretu „Żółty Kwik“.
Przysiadł się do niego kolega z frontu, zdemobilizowany porucznik, obecnie ruchliwy aferzysta.
— Cóż tam u ciebie? — pytał.