Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/230

Ta strona została przepisana.

religii i rozwód. Panna Antonina zaczynała myśleć o urządzeniu życia. Jak nic nie wyjdzie z Wasilewiczem, niech będzie ten. Aby się bawić. Tymczasem szachowała Wasilewicza — dygnitarzem, a dygnitarza — Wasilewiczem. Dygnitarz fundował dziś łaskawie i nieograniczenie. Przeprowadził właśnie korzystną tranzakcję eksportową do Bolszewji z uszczerbkiem dla handlu polskiego, a korzyścią dla własnej kieszeni. Bawił się więc szeroko, jak ongi w Odesie, dokąd jeździł z Krzywego Rogu, jako inżynier „Prodameta“.
Panna Antonina wykwitała prawie połową smagłego torsu z sukni koloru bławatków, zakończonej u dołu złotą koronką. Krótkie ufryzowane włosy okalały twarz, rozkwitłą w dosycie cielesnym, jak piwonja z pąka. Chichotała zalotnie i dawała odczuć mężczyznom duszny opar swej płci.
Wasilewicz pił drogi likier i wrzał wewnętrznie. Panna Antonina trzymała go wciąż za cugle. Była złym odurzającym narkotykiem. Jak kokaina. Nie mógł się wyrzec ani jednej, ani drugiej. Rybie, pływające w maśle spojrzenia dygnitarza na jego własność wściekały go. Wiedział, że zniszczony przez alkohol i narkotyk niżej teraz taksuje się, jako mężczyzna nawet od podstarzałego inżyniera. Odczuwał wzbieranie dzikiej, nieznanej mu pasji. Byłby bił lub dławił tę czarnooką dziewczynę. Zdegradowała go. Te przypływy zazdrości, tak nieestetyczne, tak niezgodne z jego wychowaniem i tresurą duchową ona w nim wywołała, usypiając duszę, a podżegając i zaostrzając w nim instynkty.
Śmiała się teraz do dygnitarza i uderzała go swawolnie po ręce. Zachowuje się nieprzyzwoicie w miejscu publicznem. I ja z nią tutaj? — myślał z niesma-