Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/247

Ta strona została przepisana.



XXVI

Pani Poluta porządkowała szufladę w swojem biurku. W ręce jej wpadła fotografja Białeckiego, kiedyś jej ofiarowana.
Przeczytała napis na odwrotnej stronie.. Odwróciła fotografję i przypatrzyła się twarzy, która wydawała się kiedyś tak drogą. Nie odczuła nic, ani rwącego żalu, ani tęsknoty. Przeszła wiosna. Rozwiał się zapach bzów. Przebolała. Przesiliło się w niej uczucie, jak choroba wewnętrzna. Myślała:
— Piszą o niespożytej, niezłomnej miłości, która jest silniejsza nad śmierć. Tak, miłość może być silniejsza nad śmierć, ale nie nad życie. Życie ściera i zużywa ją, spiłowuje kanty, wreszcie zamienia ją w szary proch. Życie, to straszne koło zębate, które miele wszystkie uczucia. Na tragedję, na tęsknoty sypie popiół codziennych potrzeb i zdarzeń: Topi porywy ku niepowszedniemu pięknu, ku romantycznym przygodom duszy w drobnych obowiązkach i pracach. Jedna jest miłość niezniszczalna, której nie zużyje nacisk troski i trudu, która nie zmarnieje w znużeniu i bólu: miłość nadziemska.
Dziwiła się, że zapomniała Białeckiego. Ot, tam w zakącie duszy porosła darnią mogiła i łagodnie łka nad nią preludjum liryczne... Nic więcej. Zrosło się straszliwe rozdarcie wszystkich wiązań duszy. Ustał pociąg zmysłów, który nieświadomie pchał ją ku niemu. Przewalczyła. Przełamała. A więc można przewalczyć?