Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/36

Ta strona została przepisana.

gitara na spłowiałej wstążce, na ścianie dywanik fabryczny z Turkiem, rżnący oczy czerwienizną i żółcizną barw niedobranych, jaskrawe pocztówki i reprodukcja obrazu Repina „Zaporożcy“, na łóżku samodział w ordynarną kratkę szkocką.
Pani Poluta przezwyciężyła się i weszła do pokoju sublokatorki. Poszukała oczami męża. Leżał na otomanie. Głowa Turka w turbanie niesamowicie zdawała się nad nim pochylać. Leżał, rozrzuciwszy ręce bezwładnie. Rzuciła się do niego. Podniosła jego głowę, poszukała na ręce tętna. Nie mogła zrozumieć, co mu jest. Obok leżało pudełeczko. Chwyciła je i przeczytała etykietkę...
Kokaina...
Z nadludzką siłą pani Poluta dźwignęła męża.
— Chodź, chodź z pokoju tej trucicielki, — błagała go z energją.
Wasilewicz wrócił do siebie, przy pomocy żony. Był znowu rozbity i organizm jego łaknął nowej dozy narkotyku.
— Daj, — prosił, całując żonę po rękach.
— Pocoś to uczynił?
— Zamiast alkoholu. Żeby w domu było cicho. Żeby dziecko mogło wrócić.
— Ona ci to wmówiła?
— Tak. Ona mi daje kokainę. Ona dobra.
— Zbrodniarka.
Pani Poluta zabrała fatalne pudełeczko. Wasilewicz prosił bezsilnie, całował jej nogi, obiecywał rzeczy nieprawdopodobne za jedną najmniejszą dawkę. Wreszcie wywlókł się na miasto — szukać wódki.
Pani Poluta siedziała, ścisnąwszy dłońmi głowę. Alkohol rujnował jej męża. Ale gorsza była kokaina.