Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/55

Ta strona została przepisana.

rozumiecie towarzyszu: sprawami osobistemi nie możemy się zatrudniać. Zapomnieć trzeba o sobie.
— A czemuż to mówią agitatorzy: — Nie dla Królestwa Niebieskiego, a dla szczęścia własnego! Tu na ziemi damy wam szczęście! Ksiądz jak każe o szczęściu tutaj zapomnieć, przynajmniej zbawienie obiecuje. A wy mi każecie wyrzekać się, siebie dla idei — a co dacie?
— Towarzyszu, jesteście bardzo nieuświadomieni. Szczęście może być w przyszłym ustroju, a w burżuazyjnym ustroju kapitaliści nam go bronią.
— Mnie tu nie kapitaliści krzywdzą, a sami towarzysze.
— A właśnie! Dla was będziemy z ogółem towarzyszy we fabryce zadzierać. Żeby tam na naszą partję przy przyszłych wyborach nie głosowali! Wypchajcie się towarzyszu, i nie zawracajcie nam gitary.
Zgnębiony robotnik odszedł, gniotąc kaszkiet swój w ręku. Do suwerena w czerwonym krawacie podszedł drugi ze zmysłową i sceptyczną twarzą, ubrany z wyszukaną elegancją. Ślicznie zaprasowane spodnie, wymanicurowane paznogcie, bielizna bez skazy, złoty zegarek i brylant na palcu.
— Czy wy tam nie za ostro odprawiacie człowieka, towarzyszu? — zagadnął, — może to facet wpływowy na swoim gruncie.
— Jakby był wpływowy, toby sam dał sobie radę — odciął tamten.
— Racja — zgodził się elegancki towarzysz.
Wasilewicz przyglądał się z zainteresowaniem kalejdoskopowi twarzy w poczekalni. Dojrzał jednego z posłów białoruskich, znanego sobie tylko z widzenia. Rozmawiał on bardzo cicho i ostrożnie z osobnikiem