Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/58

Ta strona została przepisana.

— Wybaczajcie, zrobcie łasku, — krzątał się Smarczek, podsuwając krzesła. Wasilewicz podświadomie odczuł przykrość, że on się tu czuje, jak u siebie w domu.
Wasilewicz krótko wyłożył sprawę. Przy pracach delimitacyjnych zostawiono jego jeden folwark, mały coprawda, po stronie polskiej. Chce tam pojechać. Nie mógł tego dotąd uczynić, gdyż było niebezpiecznie, dywersja tam grasowała. Ale teraz, kiedy objął granicę K. O. P...
Na wzmiankę o Korpusie Ochrony Pogranicza Smarczek skrzywił się i rzekł z goryczą:
— Zawsze interes pański inny będzie, jak nasz chłopski...
— Czemu inny? K. O. P. i chłopów broni przed napadami — niedawno odebrali krowy bandytom, co napadli na zaścianek.
Smarczek nie podjął tej kwestji. Słuchał tylko z wielką satysfakcją, jak Wasilewicz proponował mu towarzyszyć na kresy. Wiedział bowiem przez Skrzeżetowicza, że Smarczek jedzie też w tamtą stronę z agitacją poselską.
— Cóż, bardzo dobrze, — radował się Smarczek, zacierając włochate ręce, — samowyznaczajcie się prędzej, nam rąk do pracy potrzeba. Zakładamy teraz „Hurtki“...
— Właśnie na te „Hurtki“ chciałem popatrzeć. Będą to zapewne ośrodki oświatowe?
— Zobaczycie, — uśmiechnął się Smarczek, — popatrzycie na naszą pracę. I dajcie już nam odpowiedź.
— Za powrotem odpowiem, — rzekł Wasilewicz powściągliwie.
— Ot i dobra. Wybaczajcie, muszę biec na ple-