Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/63

Ta strona została przepisana.

Dzwonek marszałka jęczał, jakby zrywało mu się serce i ginął we wzmagającym się hałasie. Grupa posłów zerwała się z miejsc i z pięściami biegła na mówcę, który dał nura w dół i znalazł się za plecami straży marszałkowskiej.
Wasilewicz spojrzał na Szyrwitza. Stał i promieniał. Złośliwą, małpią uciechą śmiała mu się twarz. W pewnej chwili przechylił się przez poręcz galerji i dał znak komuś na dole, wśród grupy komunistów, gdzie szalał Starościński, gruby, jak fasa, a różowy, jak francuska markiza.
Przez chwilę na sali kłębił się czarny tłum, z którego wyskakiwały ramiona z białemi dłońmi, kreśląc w powietrzu gwałtowne parabole. Nad nim zgęstniała burza krzyku, chór dysonansów, szarpiący bębenki uszne. Potem tłum, jak bochenek przecięty nożem, rozłamał się na dwie połowy. Jedna ścisnęła się koło marszałka, który stał czerwony i usiłował przekrzyczeć salę, wciąż dzwoniąc oburącz, druga odpłynęła ku drzwiom. Na czele jej stal poseł w czerwonym krawacie, którego Wasilewicz zauważył dziś w poczekalni sejmowej. Za nim nieprzyjemny elegant o rysach zbyt wybitnych, położywszy mu ręce na ramionach, suflował. Wtedy ten odwrócił się ku trybunie marszałka i zaintonował:

O cześć wam, panowie, magnaci!

Gromada skupiona przy drzwiach podchwyciła melodję. W sali rozległ się groźny chór...
Pieśń rozdarcia, pieśń niezgody...
Grupa mniejszości narodowych została pośrodku. Niektórzy gładzili brody biblijne, inni ciągnęli sumiastego wąsa. Hryb coś perorował, podskakując w koguciem zacietrzewieniu.