Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/66

Ta strona została przepisana.

całowały nikogo, prócz męża. A narzeczonego chyba tylko na parę dni przed ślubem. Cha, cha, cha!
— Druhowi Kazikowi matka gorzko wyrzucała, że odprowadzając jedną druchnę z wieczorku, ujął ją pod rękę. Aniś brat, aniś narzeczony. Nie znasz form. A on na to: — Formy znam, ale nie z wieku sielanki i sentymentalizmu! Kochance oczy listkiem cyprysowym zasłaniać! Co to były kiedyś za nudy!
Pannę Zosię opanowała mdłość. Wyczuwała dokoła siebie duchy w stanie czerwonego żarzenia, niezdolne rozpłonąć w czyste, białe światło.
Weszła dawniejsza zastępowa, panna Niuta. Wracała i kresów. Panny przywitały się serdecznie. Zanim się zdążyły rozgadać, nadszedł też i druh Siodełko z księdzem Justynem. Przeszli do małego pokoiku obok, gdzie był skład kijów, chorągiewek, plecaków i narzędzi do rzemiosł. Panna Zosia opowiadała o napisie na ścianie i o swych spostrzeżeniach.
— Jak zatrzymać ten wir szalony, to tępe u sypianie ducha podnietami zmysłowemi? Czasem mi się wydaje, że przed nieskończony korowód tańczących par musi ktoś wybiec, i uczynić coś strasznego. Aby ocucić. Aby zatrzymać. Wyrwać z piersi serce i rzucić im pod nogi. Wbić się na krzyż i krzyżem tym drogę zagrodzić.
Panna Niuta wzruszała ramionami.
— Idealistka! Napatrzyłabyś się, jak ja! Ludzie w tańcu zdepcą serce z piersi wyrwane i przysporzy im to dreszczu. A przez krzyż przewalą się masą niepowstrzymaną i zadepczą męczennika.
Panna Zosia się obruszyła.
— Ty zawsze nie wierzysz w ofiarę.
— Owszem wierzę, ale w realną, w trzeźwych