Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/75

Ta strona została przepisana.

Jakoż udali się tam wypiwszy herbatę. Afisz opiewał, że będzie odegrana sztuka „Razarionnoje Hniazdo“.
Weszli do dużej sali, przybranej bez gustu i stylu. Siedzieli tam chłopkowie w siermięgach, pół inteligenci. Ani jednej postaci, któraby uderzała całkowitą kulturą i wyglądu zewnętrznego, i wyrazu twarzy.
Przy wejściu stała grupa. Piegowaty osobnik z białą czupryną napadał na „kiepstwo polskoj ułady“; nie pozwalali otworzyć szkoły białoruskiej, bo przedstawiony nauczyciel mówił tylko po rosyjsku. Zapytano, na czem będzie polegała białoruskość tej szkoły?
— Nie mamy inteligencji — wzdychali — nie mamy do obsadzenia szkół, samorządów, do oświaty, do posłowania.
— Dlatego ta ciemna masa bez woli dziejowej czepia się choćby i mnie — pomyślał Wasilewicz z niesmakiem i wnet poczuł skruchę.
Tak, są ubożuchni duchem. Dlatego trzeba do nich iść.
Podniosła się zasłona. Na scenie udekorowanej poruszali się aktorzy bez talentu. Przekalkowane z realistycznego teatru rosyjskiego i to z prowincji, z jakiegoś Orła lub Charkowa, — formułował Wasilewicz. Grano z rosyjska, a mówiono po białorusku. Wyglądało to na karykaturę czegoś, — jak humorystyczna parodja ukraińska o stworzeniu Ewy z psiego ogona, albo „Taras na Parnasie“.
Na scenie rozwijał się dramat. Wśród szarzyzny białoruskiej szalał podpalacz (ten przekalkowany z Andrejewa). Z patosem rzucał słowa nienawiści na „panou“, a żagiew płonącą w dwór. Klasowość, jak białe nici, wyłaziła ze wszystkich szwów tego pośpiesznie fabrykowanego nacjonalizmu.