Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/91

Ta strona została przepisana.

temi lufami — obrzezanki. Członkowie „hurtka“ podzielili się i tymi objektami pracy narodowo-kulturalnej na kresach.
— A granaty ręczne zakopcie odrazu w ziemię — jeszcze wam wybuchną i wlezie wam policja albo KOP na kark.
— Idziem, — zawołało kilku młodszych hurtkowców.
Wyszli, a do pozostałych znów zaczął gadać poseł Smarczek. Opowiadał o organizacji, o gromadzeniu broni, o bliskiem połączeniu się z bolszewikami. Szyrwitz przytakiwał ze swym posępnym i złowrogim grymasem.
Skończyło się zebranie. Chłopi rozeszli się, unosząc ze sobą odezwy, gazety, broń. Z nimi jakby ulotnił się, wywietrzał trochę zapach zbrodni, który dusił poprostu, ciężył, jak opar krwi w rzeźni.
Przyjezdnych poprowadził gospodarz na ich żądanie na siano. Wasilewicz ułożył się i poczuł, jak porozumiewawczo ściska jego dłoń Skrzeżetowicz.
— Milcz, — powiedział po cichu.
Spał ciężko, dusiła go zmora, czuł rewolwer przystawiony do swej skroni. Obudził się niewypoczęty i przygnębiony.
Szyrwitz zbliżył się do niego z uprzejmym uśmiechem i ofiarował mu pudełeczko z kokainą. Wasilewicz nie oparł się pokusie. Zażył i po chwili poczuł się rzeźwym. Ogarnęła go euforia, stan niewysłowionej błogości. Poczuł chęć ruchu i przedsiębiorczość.
— Kiedy spotkamy się w Warszawie, może pan zawsze dostać u mnie wszelkie narkotyki, — rzekł Szyrwitz.
Zrobił to posunięcie. Jeżeli już Wasilewicz doszedł do udziału w zebraniu „hurtka“ i nie protestował...