Strona:Anna Zahorska - Trucizny.djvu/99

Ta strona została przepisana.

Przywitano go nieco uprzejmiej, ale ze zwykłą Białorusinom nieufnością. Usiadł na ławce i powoli wywiadywał się o rzeczy potrzebne.
— To wieś Zabołotne?
— A wieś.
— A jaka najbliższa wioska, czy zaścianek, czy folwark?
— Najbliżej folwark Zabołotne.
— A czyjże on?
— Wasilewicza był. Zostało jego wszystko u bolszewików. Tylko ten jeden folwark pod Polskę podszedł.
— A teraz tam kto?
— Wasilewicza dzierżawca. Jak pan Osmołowski prawo wydał, że ziemia po dziesięciu latach przejdzie do dzierżawcy na własność, jeżeli on dziesięć lat dzierżawę trzyma, tak on nie rusza się stąd. Za rok, mówi, moja ziemia będzie! Nawet córce, zamąż wydając, dwadzieścia morgów odpisał.
— A gdzie Wasilewicz?
— Powiadają, zabili go w wojnie z Ukraińcami we Lwowie. Wam, panie, lepiej wiedzieć...
Popatrzył na niego wyczekująco.
— Skądże, — uśmiechnął się Wasilewicz z przymusem — obcy ja tutaj, a Wasilewicza na świecie nie spotykał. Pozwolicie przespać się na sianie w odrynie?
— Śpijcie, zróbcie łaskę.
— A wieczorem dacie konie na pociąg?
— Można. Jednego konia. Dwadzieścia złotych.
— Niech będzie, — zgodził się Wasilewicz na to zdzierstwo.
Przespawszy się w odrynie, Wasilewicz poszedł obejrzeć swój folwark. Zdaleka zobaczył mały dworek, przed którym kiwały się na wietrze słoneczniki. Po-